07 - Merrick.pdf
(
2016 KB
)
Pobierz
<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.01//EN" "http://www.w3.org/TR/html4/strict.dtd">
Anne Rice
Merrick
Dla
Stana Rice’a
oraz
Christophera Rice’a
oraz
Nancy Rice Diamond
TALAMASCA
Detektywi Zjawisk Paranormalnych
Obserwujemy
i zawsze jesteśmy w pobliżu
LONDYN * AMSTERDAM * RZYM
- 1 -
W
ST
Ę
P
Nazywam si
ę
David Talbot.
Mo
ż
e niektórzy z was pami
ę
taj
ą
mnie jako G
ł
ównego Prze
ł
o
ż
onego Talamaski, Zakonu detektywów obdarzonych
nadnaturalnymi zdolno
ś
ciami, których mottem jest: „Obserwujemy i zawsze jeste
ś
my w pobli
ż
u”?
To motto ma w sobie jaki
ś
dziwny urok, nieprawda
ż
?
Talamasca istnieje od ponad tysi
ą
ca lat.
Nie wiem, jak powsta
ł
nasz Zakon. Tak naprawd
ę
nie znam te
ż
wszystkich jego sekretów. Wiem jednak,
ż
e s
ł
u
ż
y
ł
em mu
przez wi
ę
ksz
ą
cz
ęść
mego
ś
miertelnego
ż
ycia.
W
ł
a
ś
nie w Domu Zakonnym Talamaski, w Anglii, wampir Lestat pokaza
ł
mi si
ę
po raz pierwszy. Pewnej zimowej nocy
zjawi
ł
si
ę
w moim gabinecie i kompletnie mnie zaskoczy
ł
.
Bardzo szybko przekona
ł
em si
ę
,
ż
e co innego czyta
ć
i pisa
ć
o rzeczach nadprzyrodzonych, a zupe
ł
nie co innego widzie
ć
je
na w
ł
asne oczy.
To jednak by
ł
o bardzo dawno temu.
Teraz
ż
yj
ę
w innym ciele.
A cia
ł
o to uleg
ł
o przemianie pod wp
ł
ywem mocy wampirzej krwi Lestata.
Ż
yj
ę
pomi
ę
dzy najgro
ź
niejszymi wampirami
ś
wiata i jestem jednym z tych, do których maj
ą
najwi
ę
ksze zaufanie. Nawet
ostro
ż
ny z natury wampir Armand opowiedzia
ł
mi histori
ę
swego
ż
ycia. By
ć
mo
ż
e czytali
ś
cie biografi
ę
Armanda, któr
ą
spisa
ł
em
i opublikowa
ł
em.
Kiedy ta historia dobiega
ł
a ko
ń
ca, Lestat obudzi
ł
si
ę
w Nowym Orleanie z drugiego snu, zas
ł
uchany w pi
ę
kn
ą
,
uwodzicielsk
ą
muzyk
ę
.
Ta sama muzyka ponownie uko
ł
ysa
ł
a go, kiedy skry
ł
si
ę
w budynku klasztornym i u
ł
o
ż
y
ł
do snu na zakurzonej,
marmurowej posadzce.
W tamtych dniach w Nowym Orleanie by
ł
o wiele wampirów — w
ł
ócz
ę
gów, szale
ń
ców, naiwnych m
ł
odzików, którzy przybyli
do miasta, by zobaczy
ć
Lestata pogr
ąż
onego w pozorach bezbronno
ś
ci. Dr
ę
czyli mieszkaj
ą
cych tam
ś
miertelników. Irytowali
najstarszych spo
ś
ród nas, którzy pragn
ę
li jedynie prawa do polowania w spokoju.
Teraz tych intruzów ju
ż
nie ma.
Niektórzy zostali unicestwieni, inni jedynie przegnani. Najstarsi za
ś
, którzy przybyli ofiarowa
ć
pocieszenie
ś
pi
ą
cemu
Lestatowi, ruszyli w
ł
asnymi drogami.
Historia ta rozpoczyna si
ę
, gdy pozosta
ł
o nas w Nowym Orleanie tylko trzech —
ś
pi
ą
cy Lestat i jego dwóch wiernych
towarzyszy — Louis de Pointe du Lac i ja, David Talbot, narrator niniejszej opowie
ś
ci.
1
— Dlaczego mnie o to prosisz?
Siedzia
ł
a naprzeciwko mnie, przy stoliku z marmurowym blatem, plecami zwrócona do otwartych drzwi kawiarenki.
Patrzy
ł
a na mnie, jak na cudowne zjawisko, lecz moja pro
ś
ba odwróci
ł
a jej uwag
ę
. Nie patrzy
ł
a ju
ż
na mnie, lecz z
napi
ę
ciem wpatrywa
ł
a si
ę
w moje oczy.
By
ł
a wysoka, a ciemnobr
ą
zowe w
ł
osy przez ca
ł
e
ż
ycie nosi
ł
a d
ł
ugie i swobodnie rozpuszczone; skórzan
ą
klamerk
ą
spina
ł
a grzywk
ę
z ty
ł
u g
ł
owy tak,
ż
eby nie opada
ł
a jej na czo
ł
o. W ma
ł
e uszy wpi
ęł
a z
ł
ote ko
ł
a kolczyków; zwiewne, letnie,
bia
ł
e ubranie mia
ł
o za
ś
w sobie co
ś
cyga
ń
skiego, mo
ż
e z powodu czerwonej szarfy, któr
ą
by
ł
o przepasane.
- 2 -
— I zrobi
ć
co
ś
podobnego dla takiego stworzenia? — spyta
ł
a ciep
ł
o. Nie by
ł
a na mnie z
ł
a, wcale nie lecz tak
poruszona,
ż
e nie mog
ł
a nawet zapanowa
ć
nad swym
ł
agodnym, urzekaj
ą
cym g
ł
osem. — Wywo
ł
a
ć
ducha, który mo
ż
e by
ć
wype
ł
niony z
ł
o
ś
ci
ą
i ch
ę
ci
ą
zemsty? Chcesz, abym to uczyni
ł
a i to dla Louisa de Pointe du Laca, który sam ju
ż
dawno
przesta
ł
ż
y
ć
?
— Kogó
ż
innego mia
ł
bym o to prosi
ć
, Merrick? — odpar
ł
em. — Któ
ż
inny móg
ł
by to uczyni
ć
? — Wypowiedzia
ł
em jej imi
ę
zwyczajnie, z ameryka
ń
skim brzmieniem, cho
ć
wiele lat temu, gdy
ś
my si
ę
dopiero co poznali, pisa
ł
a je „Merrique” i
wypowiada
ł
a z lekkim francuskim akcentem.
Od strony kuchennych drzwi rozleg
ł
si
ę
chropawy d
ź
wi
ę
k, po czym zaskrzypia
ł
y zawiasy. Do naszego stolika, szuraj
ą
c po
zakurzonych kamiennych p
ł
ytach pod
ł
ogi, podszed
ł
zasuszony kelner w brudnym fartuchu.
— Rum — rzek
ł
a. — St. James. Przynie
ś
ca
łą
butelk
ę
.
Zamrucza
ł
co
ś
w odpowiedzi, czego nie pochwyci
ł
em nawet przy moim wyczulonym wampirzym s
ł
uchu. Odszed
ł
, szuraj
ą
c
nogami, i znowu zostawi
ł
nas samych w marnie o
ś
wietlonym pokoju z wysokimi, otwartymi na o
ś
cie
ż
drzwiami wychodz
ą
cymi
na Rue St. Anne.
Ta ma
ł
a kawiarenka by
ł
a kwintesencj
ą
wszystkiego, co nowoorlea
ń
skie. Wisz
ą
ce pod sufitem wiatraki obraca
ł
y si
ę
leniwie,
a pod
ł
oga nie by
ł
a zamiatana od wieków.
Powoli zapada
ł
zmierzch, powietrze za
ś
wype
ł
nione by
ł
o zapachami Kwatery i s
ł
odycz
ą
wiosny. Jakie
ż
to cudowne,
ż
e
wybra
ł
a w
ł
a
ś
nie takie miejsce i to tak przedziwnie puste o tej czarownej porze.
Wpatrywa
ł
a si
ę
we mnie uwa
ż
nie, cho
ć
w jej wzroku nie mo
ż
na by
ł
o dostrzec nic poza
ł
agodno
ś
ci
ą
.
— Teraz Louis de Pointe du Lac chce zobaczy
ć
ducha — powiedzia
ł
a wolno, jakby z namys
ł
em. — Jakby nie do
ść
si
ę
ju
ż
wycierpia
ł
.
Nie tylko w jej s
ł
owach zna
ć
by
ł
o wspó
ł
czucie; wyczuwa
ł
em je tak
ż
e w niskim, poufnym tonie jej g
ł
osu. Wspó
ł
czu
ł
a mu.
— Oczywi
ś
cie — powiedzia
ł
a, nie daj
ą
c mi doj
ść
do g
ł
osu. — Wspó
ł
czuj
ę
mu i wiem, jak bardzo chce zobaczy
ć
twarz tego
wampirzego dziecka, które tak gor
ą
co kocha
ł
. — Unios
ł
a brwi w zamy
ś
leniu. — Przychodzisz do mnie i wypowiadasz imiona,
które s
ą
ju
ż
jedynie legend
ą
. Przychodzisz z tajemniczego
ś
wiata, przychodzisz ze
ś
wiata nadprzyrodzonego, podchodzisz do
mnie tak blisko, i na dodatek masz pro
ś
b
ę
.
— W takim razie, uczy
ń
to, Merrick, je
ś
li tobie nie uczyni to krzywdy — poprosi
ł
em. — Nie chc
ę
ś
ci
ą
ga
ć
ci na g
ł
ow
ę
nieszcz
ęść
. Bo
ż
e w niebiosach, dopomó
ż
. Wiesz o tym doskonale.
— A co z nieszcz
ęś
ciem, które mo
ż
e dotkn
ąć
Louisa? — spyta
ł
a wolno, z namys
ł
em wypowiadaj
ą
c ka
ż
de s
ł
owo. — Duch
mo
ż
e wypowiedzie
ć
okropne s
ł
owa do tego, który go wywo
ł
a
ł
. To za
ś
jest duch potwornego dziecka, które umar
ł
o gwa
ł
town
ą
ś
mierci
ą
. Prosisz o niebezpieczn
ą
i straszn
ą
rzecz.
Skin
ął
em g
ł
ow
ą
. Wszystko, co powiedzia
ł
a, by
ł
o prawd
ą
.
— Louis ma obsesj
ę
— wyja
ś
ni
ł
em. — Z biegiem lat ta obsesja zniszczy
ł
a resztki jego zdrowego rozs
ą
dku. Teraz nie potrafi
ju
ż
my
ś
le
ć
o niczym innym.
— A co je
ś
li faktycznie sprowadz
ę
j
ą
ze
ś
wiata umar
ł
ych? My
ś
lisz,
ż
e to sprawi,
ż
e oboje przestan
ą
cierpie
ć
?
— Wcale na to nie licz
ę
. Nie wiem. Lecz wszystko jest lepsze od bólu, który trawi Louisa w tej chwili. Oczywi
ś
cie,
ż
e nie
mam prawa przychodzi
ć
tu i prosi
ć
ci
ę
o to A jednak, nasze losy s
ą
z sob
ą
spl
ą
tane Talamaski, Louisa i mój. Tak
ż
e i los
wampira Lestata. Przecie
ż
to w
ł
a
ś
nie od Talamaski Louis de Pointe du Lac us
ł
ysza
ł
histori
ę
o pojawieniu si
ę
ducha Claudii. To
jedna z naszych, kobieta nazwiskiem Jesse Reeves. Informacje o niej znajdziesz w archiwach. By
ł
a t
ą
, której ukaza
ł
si
ę
duch
Claudii.
— Owszem, znam t
ę
histori
ę
— przytakn
ęł
a Merrick. — Sta
ł
o si
ę
to w domu na Rue Royale. Wys
ł
a
ł
e
ś
tam Jesse,
ż
eby
zbada
ł
a spraw
ę
wampirów. Jesse za
ś
wróci
ł
a z kieszeniami pe
ł
nymi skarbów, które dowodzi
ł
y ponad wszelk
ą
w
ą
tpliwo
ść
,
ż
e
w tym domu mieszka
ł
o kiedy
ś
nie
ś
miertelne dziecko Claudia.
- 3 -
— Masz racj
ę
— odpowiedzia
ł
em. — Pope
ł
ni
ł
em b
łą
d, posy
ł
aj
ą
c tam Jesse. By
ł
a za m
ł
oda Nigdy — Trudno by
ł
o
mi doko
ń
czy
ć
to zdanie. — Jesse nigdy nie by
ł
a tak sprytna jak ty.
— Ludzie czytaj
ą
o tym w opublikowanych opowie
ś
ciach Lestata i uwa
ż
aj
ą
za bajki — ci
ą
gn
ęł
a, pogr
ąż
ona w my
ś
lach. —
Te historie o pami
ę
tniku, ró
ż
a
ń
cu i starej laleczce. Ale my jeste
ś
my w posiadaniu tych przedmiotów, nieprawda
ż
? Znajduj
ą
si
ę
w
skarbcu, w Anglii. Bo w tamtych czasach nie mieli
ś
my Domu Zakonnego w Luizjanie. Sam schowa
ł
e
ś
je do skarbca.
— Czy mo
ż
esz to zrobi
ć
? — spyta
ł
em. — Czy zrobisz to? To chyba lepiej postawione pytanie. Bo nie mam najmniejszych
w
ą
tpliwo
ś
ci,
ż
e mo
ż
esz.
Nie by
ł
a jeszcze gotowa, by udzieli
ć
mi odpowiedzi, jednak mieli
ś
my za sob
ą
wspania
ł
y pocz
ą
tek.
Och, jak
ż
e ja za ni
ą
t
ę
skni
ł
em! Rozmowa z ni
ą
by
ł
a nawet bardziej fascynuj
ą
ca, ni
ż
si
ę
spodziewa
ł
em. Z przyjemno
ś
ci
ą
patrzy
ł
em na zmiany, które w niej zasz
ł
y: jej francuski akcent zupe
ł
nie ju
ż
zanik
ł
i teraz mówi
ł
a jak rodowita Brytyjka. Wszak
wiele d
ł
ugich lat sp
ę
dzi
ł
a w Anglii na naukach; cz
ęść
tych lat sp
ę
dzi
ł
a ze mn
ą
.
— Wiesz,
ż
e Louis ci
ę
widzia
ł
— powiedzia
ł
em
ł
agodnie. — Wiesz,
ż
e przys
ł
a
ł
mnie, bym z tob
ą
porozmawia
ł
.
Zrozumia
ł
, jak
ą
moc posiadasz, w chwili kiedy dostrzeg
ł
ostrze
ż
enie w twoich oczach.
Nie odpowiedzia
ł
a.
— „Widzia
ł
em prawdziw
ą
czarownic
ę
”, rzek
ł
mi po spotkaniu z tob
ą
. „Wcale si
ę
mnie nie ba
ł
a. Powiedzia
ł
a,
ż
e wezwie na
pomoc umar
ł
ych, je
ś
li nie zostawi
ę
jej w spokoju”.
Skin
ęł
a g
ł
ow
ą
; przygl
ą
da
ł
a mi si
ę
bardzo powa
ż
nie.
— Tak, to wszystko prawda — mrukn
ęł
a pod nosem. — Mo
ż
na by powiedzie
ć
,
ż
e nasze drogi si
ę
zesz
ł
y. — Zastanowi
ł
a
si
ę
g
łę
boko. — Ale ja widzia
ł
am Louisa de Pointe du Laca wiele razy. By
ł
am jeszcze dzieckiem, kiedy po raz pierwszy go
ujrza
ł
am. A teraz ty i ja nareszcie mamy okazj
ę
porozmawia
ć
o tym.
Zaskoczy
ł
a mnie. Powinienem by
ł
wiedzie
ć
,
ż
e mnie zaskoczy.
Nies
ł
ychanie j
ą
podziwia
ł
em. Nie potrafi
ł
em tego ukry
ć
. Podoba
ł
a mi si
ę
jej prostota, bia
ł
a bawe
ł
niana bluzeczka z
okr
ą
g
ł
ym dekoltem i czarne koraliki oplataj
ą
ce jej szyj
ę
.
Spojrzawszy w jej zielone oczy, poczu
ł
em nagle ogromny wstyd za to, co zrobi
ł
em, ujawniaj
ą
c si
ę
jej. Louis wcale nie
zmusza
ł
mnie do skontaktowania si
ę
z ni
ą
. Zrobi
ł
em to z w
ł
asnej woli. Lecz nie zamierzam rozpoczyna
ć
tej opowie
ś
ci od
rozwodzenia si
ę
nad w
ł
asnym poczuciem wstydu.
Pozwólcie tylko,
ż
e powiem, i
ż
byli
ś
my wi
ę
cej ni
ż
tylko zwyk
ł
ymi kompanami i wspó
ł
pracownikami w Talamasce. Ona by
ł
a
moim uczniem, a ja jej mentorem; a kiedy
ś
, przez krótk
ą
chwil
ę
— ach, jak
ż
e krótk
ą
, ulotn
ą
chwil
ę
— byli
ś
my niemal
ż
e
kochankami.
Przyby
ł
a do nas jako m
ł
oda dziewczyna, zb
łą
kana spadkobierczyni klanu Mayfairów, z afroameryka
ń
skiej ga
łę
zi tej
rodziny; wywodzi
ł
a si
ę
od bia
ł
ych czarownic, o których prawie nic nie wiedzia
ł
a, oktaronka nies
ł
ychanej urody, bose dziecko,
które przyw
ę
drowa
ł
o do Domu Zakonnego w Luizjanie i powiedzia
ł
o:
— S
ł
ysza
ł
am o was. Potrzebuj
ę
was. Widz
ę
ró
ż
ne rzeczy. Potrafi
ę
rozmawia
ć
z umar
ł
ymi.
To wydarzy
ł
o si
ę
przesz
ł
o dwadzie
ś
cia lat temu, a mnie zdaje si
ę
,
ż
e dzisiaj.
By
ł
em wtedy G
ł
ównym Prze
ł
o
ż
onym londy
ń
skiego oddzia
ł
u naszego Zakonu, prowadz
ą
cym
ż
ycie administratora–
d
ż
entelmena, ze wszystkimi wygodami i niedogodno
ś
ciami tej rutyny. W
ś
rodku nocy zbudzi
ł
mnie telefon. Dzwoni
ł
mój
przyjaciel i kolega–uczony, Aaron Lightner.
— Davidzie — powiedzia
ł
— musisz przyjecha
ć
. Mamy tu co
ś
niesamowitego. Czarownic
ę
obdarzon
ą
tak wielk
ą
moc
ą
,
ż
e
s
ł
owo ludzkie nie jest w stanie tego opisa
ć
. Davidzie, musisz przyjecha
ć
W tamtych dniach nie by
ł
o nikogo, kogo szanowa
ł
bym bardziej ni
ż
Aarona Lightnera. W ca
ł
ym swoim
ż
yciu kocha
ł
em tylko
trzy osoby — zarówno ludzi, jak i wampiry. Aaron Lightner by
ł
jedn
ą
z nich. Drug
ą
by
ł
wampir Lestat. Lestat, który przyniós
ł
mi
cud swojej mi
ł
o
ś
ci i z
ł
ama
ł
moje
ś
miertelne
ż
ycie. Lestat, który uczyni
ł
mnie nie
ś
miertelnym i niewiarygodnie pot
ęż
nym, tak
ż
e nawet w
ś
ród wampirów nie mam sobie równych.
- 4 -
Trzeci
ą
osob
ą
by
ł
a Merrick Mayfair, cho
ć
uczyni
ł
em wszystko, co w mojej mocy,
ż
eby o niej zapomnie
ć
.
Lecz mówili
ś
my o Aaronie, o moim starym przyjacielu Aaronie z jego siwymi, g
ę
stymi w
ł
osami, bystrymi szarymi oczyma,
ubranym zawsze w bawe
ł
niany garnitur w bia
ł
o–b
łę
kitne pr
ąż
ki, typowy dla d
ż
entelmena z Po
ł
udnia. Mówili
ś
my te
ż
o niej, o
dziecku, którym niegdy
ś
by
ł
a, o Merrick, która wydawa
ł
a mi si
ę
równie egzotyczna jak bujna tropikalna flora i fauna miejsca, z
którego pochodzi
ł
a.
— Dobrze, stary druhu, przyjad
ę
, lecz czy to naprawd
ę
nie mo
ż
e zaczeka
ć
do rana? — Przypomnia
ł
em sobie swoj
ą
oci
ęż
a
ł
o
ść
i dobroduszny
ś
miech Aarona.
— Davidzie, co si
ę
z tob
ą
sta
ł
o, mój stary? — odpowiedzia
ł
. — Nie mów mi, co teraz robisz. Pozwól,
ż
e sam ci powiem.
Zasn
ął
e
ś
, czytaj
ą
c jak
ąś
dziewi
ę
tnastowieczn
ą
ksi
ąż
k
ę
po
ś
wi
ę
con
ą
duchom, co
ś
elokwentnego i usypiaj
ą
cego. Pozwól,
ż
e
zgadn
ę
: autorstwa Sabine Bering–Gould. Nie wystawi
ł
e
ś
nosa z Domu Zakonnego od pó
ł
roku, prawda? Nie wyszed
ł
e
ś
nawet
na obiad w mie
ś
cie. Nie zaprzeczaj, Davidzie,
ż
yjesz tak, jakby twoje
ż
ycie ju
ż
si
ę
sko
ń
czy
ł
o.
Roze
ś
mia
ł
em si
ę
. Aaron mówi
ł
to tak
ł
agodnym g
ł
osem. Nie czyta
ł
em ksi
ąż
ki Sabine Bering–Gould, lecz równie dobrze
mog
ł
o tak by
ć
. Zdaje mi si
ę
,
ż
e czyta
ł
em opowie
ść
o zjawiskach nadprzyrodzonych pióra Algenona Blackwooda. Nie pomyli
ł
si
ę
te
ż
co do czasu, który sp
ę
dzi
ł
em bez wychodzenia poza u
ś
wi
ę
cone mury naszego Domu.
— Gdzie
ż
podzia
ł
a si
ę
twoja pasja, Davidzie? Gdzie twoje zaanga
ż
owanie? — nalega
ł
Aaron. — Davidzie, to dziecko jest
czarownic
ą
. My
ś
lisz,
ż
e cz
ę
sto szafuj
ę
podobnymi s
ł
owami? Zapomnij o jej nazwisku i wszystkim, co wiemy o tej rodzinie. To
jest co
ś
, co zaskoczy
ł
oby nawet naszych Mayfairów, cho
ć
je
ś
li uda mi si
ę
postawi
ć
na swoim, to nigdy nie dowiedz
ą
si
ę
o
istnieniu tego dziecka. Davidzie, ona potrafi przyzywa
ć
duchy. Otwórz Bibli
ę
na Ksi
ę
dze Samuela. To jest Czarownica z Endor. A
ty zachowujesz si
ę
jak zirytowany duch Samuela, którego czarownica przebudzi
ł
a ze snu. Wy
ł
a
ź
z
ł
ó
ż
ka i wskakuj do
samolotu. Potrzebuje ci
ę
tutaj.
Czarownica z Endor. Nie musia
ł
em zagl
ą
da
ć
do Biblii. Ka
ż
dy cz
ł
onek Talamaski zna
ł
t
ę
histori
ę
a
ż
za dobrze.
Król Saul, w obawie przed pot
ęż
nymi Filistynami, przed bitw
ą
, której si
ę
boi, idzie do „kobiety, która posiada znajomego
ducha”, i prosi j
ą
,
ż
eby wywo
ł
a
ł
a z za
ś
wiatów proroka Samuela. „Dlaczego
ż
mnie rozgniewali
ś
cie wezwaniem?” pyta duch
proroka, a wkrótce przepowiada,
ż
e król Saul i obaj jego synowie do
łą
cz
ą
do niego w krainie umar
ł
ych ju
ż
nast
ę
pnego dnia.
Czarownica z Endor. Tak te
ż
zawsze my
ś
la
ł
em o Merrick, bez wzgl
ę
du na to, jak bliscy stali
ś
my si
ę
sobie w pó
ź
niejszych
czasach. Ona zawsze by
ł
a dla mnie Merrick Mayfair, Czarownic
ą
z Endor. Czasami zwraca
ł
em si
ę
tak do niej w na wpó
ł
oficjalnych notatkach i cz
ę
sto w prywatnej korespondencji.
Z pocz
ą
tku by
ł
a wiecznym cudem. Pos
ł
ucha
ł
em wezwania Aarona, spakowa
ł
em si
ę
, przylecia
ł
em do Luizjany i po raz
pierw — szy przest
ą
pi
ł
em próg D
ę
bowego Raju, wspania
ł
ego domu na plantacji, który sta
ł
si
ę
naszym schronieniem na
obrze
ż
ach Nowego Orleanu, na starej River Road.
Có
ż
to by
ł
o za wydarzenie! W samolocie czyta
ł
em od nowa Stary Testament: synowie króla Saula zgin
ę
li w bitwie. Saul
rzuci
ł
si
ę
na swój miecz. Czy
ż
bym jednak by
ł
przes
ą
dny? Ca
ł
e
ż
ycie po
ś
wi
ę
ci
ł
em Talamasce, lecz nawet zanim jeszcze
zacz
ął
em sw
ą
przygod
ę
z Zakonem, widzia
ł
em duchy i rozkazywa
ł
em im. Zrozumcie, nie by
ł
y to prawdziwe duchy. By
ł
y
bezimienne, nie do ko
ń
ca zmaterializowane, przyby
ł
y do mnie z imionami i rytua
ł
ami brazylijskiej magii candomble, w któr
ą
tak
bezmy
ś
lnie zapu
ś
ci
ł
em si
ę
za m
ł
odu.
Pozwoli
ł
em jednak, by ta moc ostyg
ł
a we mnie, kiedy ogarn
ął
mnie zapa
ł
naukowca i inne nami
ę
tno
ś
ci. Porzuci
ł
em
tajemnice Brazylii na rzecz równie czarodziejskiego
ś
wiata archiwów, zabytków, bibliotek, organizacji i nauczania, ko
ł
ysania
innych w rytm przykurzonego szacunku dla naszych metod i ostro
ż
nych sposobów dzia
ł
ania. Talamasca okaza
ł
a si
ę
tak
ogromna, pradawna i kochaj
ą
ca! Nawet Aaron nie mia
ł
poj
ę
cia o moich dawnych zdolno
ś
ciach, cho
ć
niejeden umys
ł
wydawa
ł
swe sekrety jego nies
ł
ychanym, ponadzmys
ł
owym sposobom badania. Z pewno
ś
ci
ą
zdo
ł
am rozpozna
ć
, czym ta dziewczyna
jest, a czym nie jest.
Kiedy dotarli
ś
my do Domu Zakonnego, pada
ł
deszcz. Nasz samochód sun
ął
d
ł
ug
ą
alej
ą
wysadzan
ą
gigantycznymi d
ę
bami,
która prowadzi
ł
a od g
ł
ównej drogi a
ż
do ogromnych, podwójnych drzwi. Jak
ż
e zielony by
ł
ten
ś
wiat, mimo
ż
e skryty w mroku.
- 5 -
Plik z chomika:
Tomione_bad_bitch69
Inne pliki z tego folderu:
02 - Wampir L.pdf
(3245 KB)
03 - Krolowa.pdf
(2874 KB)
01 - Wywiad z.pdf
(2155 KB)
04 - Opowiesc o zlodzieju.pdf
(2717 KB)
05 - Memnoch d.pdf
(2251 KB)
Inne foldery tego chomika:
- Shadowhunters sezon 2
# Nowe
Adobe Photoshop CS6 Extended FULL
CD2
Dokumenty
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin