06 - ... Armand.pdf
(
1788 KB
)
Pobierz
<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.01//EN" "http://www.w3.org/TR/html4/strict.dtd">
ANNE RICE
WAMPIR ARMAND
Dla Brandy ego Edwardsa Briana Robertsona
oraz Christophera i Michele Rice’ów
- 1 -
Jezus doMariMagdaleny
„Rzek
ł
do niej Jezus: Nie zatrzymujMnie, jeszcze bowiemnie ws
ą
p
ł
em do Ojca. Natomiast udaj s
ę
domoich bracii
powiedzim: «Wst
ę
pu
ę
do Ojcamego i Ojca waszegoorazdo Boga mego i Boga waszego»”.
Ewangelia
ś
w. Jana 20,17
CZ
ĘŚĆ
I
CIA
Ł
O I KREW
- 2 -
1
Powiedzieli,
ż
e dziecko umar
ł
o na strychu. Ubranko znaleziono w
ś
cianie.
Chcia
ł
em tam i
ść
, po
ł
o
ż
y
ć
si
ę
ko
ł
o
ś
ciany, by
ć
zupe
ł
nie sam.
Tu i tam widuj
ą
teraz jej ducha.
Ż
aden z tych wampirów nie widzi duchów, naprawd
ę
; a przynajmniej nie tak jak ja. Mniejsza
z tym. To przecie
ż
nie o towarzystwo dziecka mi chodzi
ł
o, lecz o to,
ż
eby by
ć
w tym miejscu.
Na nic wi
ę
cej si
ę
nie zda pozostawanie przy Lestacie. Przyby
ł
em. Wykona
ł
em swoje zadanie. Nie by
ł
em w stanie mu
pomóc.
Widok jego skupionych i nieruchomych oczu wyprowadza
ł
mnie z równowagi; chocia
ż
przepe
ł
nia
ł
y mnie spokój i mi
ł
o
ść
do
najbli
ż
szych - moich ludzkich dzieci: ma
ł
ego Benjiego i delikatnej, wiotkiej Sybelle - nie by
ł
em jeszcze na tyle silny, aby je
zabra
ć
.
Opu
ś
ci
ł
em kaplic
ę
.
Nie zapami
ę
ta
ł
em nawet, kto tam by
ł
. Klasztor sta
ł
si
ę
teraz siedzib
ą
wampirów. Nie zwróci
ł
em uwagi, kto zosta
ł
w
kaplicy, gdy j
ą
opuszcza
ł
em.
Lestat le
ż
a
ł
na marmurowej posadzce pod wielkim krucyfiksem. Spoczywa
ł
na boku, r
ę
ce bezw
ł
adne, lewa pod praw
ą
,
palce lekko dotyka
ł
y marmurowych kafli, jakby w jakim
ś
zamy
ś
le, chocia
ż
zamys
ł
u w tym nie by
ł
o. Palce prawej d
ł
oni lekko
si
ę
skurczy
ł
y, nadaj
ą
c jej kszta
ł
t czarki, do której wlewa
ł
o si
ę
ś
wiat
ł
o; to tak
ż
e sugerowa
ł
o jakie
ś
znaczenie, chocia
ż
znaczenia w tym nie by
ł
o.
By
ł
o to po prostu nienaturalne cia
ł
o, le
żą
ce bez woli i ruchu, nie bardziej pe
ł
ne zamys
ł
u ni
ż
twarz, prowokacyjnie wr
ę
cz
inteligentna, je
ś
li zwa
ż
y
ć
na to,
ż
e Lestat nie poruszy
ł
si
ę
od miesi
ę
cy.
Wysokie okna pos
ł
usznie zas
ł
oni
ę
to, by chroni
ć
go przed wschodem s
ł
o
ń
ca. W nocy odbija
ł
y si
ę
w nich promienie
wszystkich tych wspania
ł
ych
ś
wiec poustawianych wokó
ł
pi
ę
knych statuetek i figurek wype
ł
niaj
ą
cych to miejsce, ongi
ś
ś
wi
ę
te.
Ś
miertelne dzieci wys
ł
uchiwa
ł
y mszy pod wysoko sklepionym dachem; kap
ł
an przy o
ł
tarzu wypowiada
ł
ł
aci
ń
skie s
ł
owa.
Teraz cia
ł
o by
ł
o nasze. Nale
ż
a
ł
o do niego, Lestata, m
ęż
czyzny, który le
ż
a
ł
bez ruchu na marmurowej posadzce.
M
ęż
czyzna. Wampir. Nie
ś
miertelny. Dziecko ciemno
ś
ci. Wszystkie te wspania
ł
e s
ł
owa odnosi
ł
y si
ę
do niego.
Nigdy jeszcze nie czu
ł
em si
ę
tak bardzo dzieckiem jak teraz, gdy spogl
ą
da
ł
em na niego przez rami
ę
.
Tym w
ł
a
ś
nie jestem. Odpowiadam definicji dziecka, jak gdyby by
ł
o to we mnie idealnie zakodowane i nigdy nie istnia
ł
ż
aden inny zapis genetyczny.
Mia
ł
em siedemna
ś
cie lat, gdy Marius uczyni
ł
mnie wampirem. Przesta
ł
em rosn
ąć
. Przez rok mia
ł
em bez zmian pi
ęć
stóp i
sze
ść
cali. Mam delikatne, dziewcz
ę
ce d
ł
onie i g
ł
adk
ą
, pozbawion
ą
zarostu twarz m
ł
odzieniaszka, jak mówi
ł
o si
ę
wówczas, w
szesnastym wieku.
Bardzo ch
ę
tnie widziano wówczas ch
ł
opców o kobiecej urodzie. I dopiero teraz znowu ma to dla mnie jakie
ś
znaczenie, ale
tylko dlatego,
ż
e kocham w
ł
asne dzieci: Sybelle z wydatnymi piersiami i d
ł
ugimi nogami oraz Benjiego z okr
ą
g
łą
arabsk
ą
twarzyczk
ą
o zmy
ś
lnych oczach.
Sta
ł
em u stóp schodów.
Ż
adnych luster, jedynie wysokie
ś
ciany bez tynku,
ś
ciany tylko w Ameryce uchodz
ą
ce za stare,
pokryte wilgoci
ą
nawet od wewn
ą
trz, wszystkie ich elementy wyg
ł
adzone przez gor
ą
ce lata i mokre zimy Nowego Orleanu -
zielone zimy, jak je nazywam, gdy
ż
drzewa nawet wtedy nie s
ą
ca
ł
kiem nagie.
Porównuj
ą
c z tym miejscem, o stronach, w których si
ę
urodzi
ł
em, trzeba by by
ł
o powiedzie
ć
,
ż
e panowa
ł
a tam wieczna
zima.
Trudno si
ę
dziwi
ć
,
ż
e w s
ł
onecznej Italii zupe
ł
nie zapomnia
ł
em o swych pocz
ą
tkach i
ż
ycie swe urobi
ł
em wedle wzorca
podanego przez lata sp
ę
dzone z Mariusem. Wyprze
ć
wspomnienia, zda
ć
si
ę
na: „Nie pami
ę
tam”. Ach, to
ż
arliwe ukochanie
rozwi
ą
z
ł
o
ś
ci, zdanie si
ę
na w
ł
oskie wino i wystawne uczty, nawet ciep
ł
o marmuru pod bosymi stopami, kiedy komnaty pa
ł
acu
by
ł
y grzesznie, wyst
ę
pnie ogrzewane przez niezwyk
ł
e ognie Mariusa.
- 3 -
Jego
ś
miertelni przyjaciele - istoty ludzkie jak ja sam wówczas - nieustannie si
ę
skar
ż
yli na wydatki: drewno, oliwa,
ś
wiece.
A Marius przystawa
ł
tylko na
ś
wiece z wosku pszczelego. Wa
ż
ny by
ł
ka
ż
dy najdelikatniejszy nawet odcie
ń
zapachu.
Powstrzymaj te my
ś
li. Wspomnienia mog
ą
by
ć
bolesne. Przyby
ł
e
ś
tu z okre
ś
lonym zadaniem, wykona
ł
e
ś
je, teraz musisz
znale
źć
swych ma
ł
ych
ś
miertelników, Benjiego i Sybelle, i zrobi
ć
nast
ę
pny krok.
Ż
ycie nie jest ju
ż
teatraln
ą
scen
ą
, na której duch Banka nieustannie zasiada przy pos
ę
pnym stole. Moja dusza cierpi.
Na gór
ę
schodami. U
ł
ó
ż
si
ę
na chwil
ę
przy ceglanej klasztornej
ś
cianie, tam, gdzie znaleziono dzieci
ę
ce ubranko. U
ł
ó
ż
si
ę
obok dziecka, zamordowanego w tym klasztorze, jak utrzymuj
ą
te pleciugi, wampiry, które nawiedzi
ł
y te sale, aby obejrze
ć
Lestata pogr
ąż
onego w
ś
nie niczym Endymion.
Nie, nie wyczuwam tu morderstwa, s
ł
ysz
ę
tylko ciche g
ł
osy zakonnic.
Wszed
ł
em na schody, pozwalaj
ą
c, by cia
ł
o przybra
ł
o ludzk
ą
wag
ę
i st
ą
pa
ł
o ludzkim krokiem.
Po pi
ę
ciuset latach takie sztuczki przychodz
ą
mi bez trudu. Potrafi
ł
bym wystraszy
ć
wszystkich m
ł
odych - czeladników i
gapiów - tak sprawnie, jak czynili to pradawni, nawet ci najskromniejsi, czy to w s
ł
owach objawiaj
ą
cy sw
ą
telepati
ę
, czy to
znikaj
ą
cy, gdy przysz
ł
a im na to ochota, czy te
ż
dla okazania pot
ę
gi wstrz
ą
saj
ą
cy murami. Tutaj to nawet by
ł
oby ciekawe
zadanie: mury grubo
ś
ci osiemnastu cali i belki, które nigdy nie przegnij
ą
.
Podoba
ł
yby mu si
ę
tutejsze zapachy, pomy
ś
la
ł
em. Gdzie jest teraz Marius? Zanim pogr
ąż
y
ł
em si
ę
w Lestata, nie chcia
ł
em
zbyt wiele rozmawia
ć
z Mariusem i wypowiedzia
ł
em ledwie kilka uk
ł
adnych s
ł
ów, powierzaj
ą
c me skarby jego opiece.
Ostatecznie sam wci
ą
gn
ął
em dzieci w kr
ą
g nie
ś
miertelnych, a któ
ż
lepiej móg
ł
by je ochroni
ć
ni
ż
ukochany Marius, tak
pot
ęż
ny, i
ż
nikt nie o
ś
miela
ł
si
ę
kwestionowa
ć
najmniejszej jego zachcianki.
Oczywi
ś
cie nie ma mi
ę
dzy nami wi
ę
zi telepatycznej - to on mnie uczyni
ł
wampirem i na zawsze pozostan
ę
mu
podporz
ą
dkowany - ale nawet bez tego wyczu
ł
em,
ż
e nie do
ś
wiadczam w tym budynku obecno
ś
ci Mariusa. Nie mia
ł
em
poj
ę
cia, co dzia
ł
o si
ę
w tej krótkiej chwili, kiedy przykl
ą
k
ł
em, aby spojrze
ć
na Lestata. Nie wiedzia
ł
em, gdzie jest Marius. Nie
wyczuwa
ł
em znajomych ludzkich woni Benjiego i Sybelle. Sparali
ż
owa
ł
o mnie d
ź
gni
ę
cie trwogi.
By
ł
em na pierwszym pi
ę
trze. Opar
ł
em si
ę
o
ś
cian
ę
i z wystudiowanym spokojem wbi
ł
em wzrok w ciemny, lakierowany
parkiet sosnowy. Na klepkach leciutko migota
ł
y kr
ąż
ki
ś
wiat
ł
a.
Gdzie s
ą
teraz Benji i Sybelle? I có
ż
ja najlepszego zrobi
ł
em, sprowadzaj
ą
c ich tutaj, dwoje rozwini
ę
tych i cudownych
ś
miertelników? Benji by
ł
bystrym dwunastolatkiem, Sybelle - dwudziestopi
ę
cioletni
ą
dam
ą
. A je
ś
li wielkoduszny Marius straci ich
beztrosko z oczu?
- Tu jestem, m
ł
odzie
ń
cze - odezwa
ł
si
ę
znienacka
ł
agodny, przyjazny g
ł
os.
Mój protektor sta
ł
kilka stopni ni
ż
ej. Wszed
ł
za mn
ą
po schodach albo - je
ś
li uwzgl
ę
dni
ć
jego moce - ulokowa
ł
si
ę
w tym
miejscu, bezg
ł
o
ś
nie i z ogromn
ą
szybko
ś
ci
ą
, pokonuj
ą
c odleg
ł
o
ść
, która nas dzieli
ł
a.
- Mistrzu - powiedzia
ł
em i przywo
ł
a
ł
em na twarz cie
ń
u
ś
miechu. - Przez chwil
ę
si
ę
o nich trwo
ż
y
ł
em. - By
ł
a to forma
przeprosin. - To miejsce napawa mnie smutkiem.
Leciutko skin
ął
g
ł
ow
ą
.
- S
ą
ze mn
ą
, Armandzie. To miasto pe
ł
ne jest
ś
miertelników; starczy pokarmu dla wszystkich wa
łę
saj
ą
cych si
ę
tu
w
ł
ócz
ę
gów. Nikt nie skrzywdzi twoich podopiecznych. Nawet gdybym tego nie powiedzia
ł
, nikt by si
ę
nie o
ś
mieli
ł
.
Teraz ja przytakn
ął
em, chocia
ż
mówi
ą
c szczerze, nie mia
ł
em ca
ł
kowitej pewno
ś
ci. Wampiry s
ą
z natury przewrotne i dla
samej uciechy robi
ą
rzeczy wyst
ę
pne i okropne. Stwór jaki
ś
pod
ł
y i wredny,
ś
ci
ą
gni
ę
ty wie
ś
ci
ą
o wielkich zdarzeniach, móg
ł
dla
rozrywki zabi
ć
czyjego
ś
ś
miertelnego podopiecznego.
- Jeste
ś
zachwycaj
ą
cy, m
ł
odzie
ń
cze - powiedzia
ł
, u
ś
miechaj
ą
c si
ę
do mnie. Tylko od niego, mojego stwórcy, mog
ł
em
us
ł
ysze
ć
takie s
ł
owa. Czym by
ł
o dla niego marne pi
ęć
set lat? - Wyszed
ł
e
ś
, synu, na s
ł
o
ń
ce - ci
ą
gn
ął
, a na jego twarzy
pojawi
ł
si
ę
cie
ń
zatroskania. -
Ż
y
ł
e
ś
, aby przedstawi
ć
swoj
ą
opowie
ść
.
- Na s
ł
o
ń
ce, Mistrzu? - spyta
ł
em tonem w
ą
tpliwo
ś
ci. Nie chcia
ł
em ujawnia
ć
nic wi
ę
cej. Na razie nie chcia
ł
em opowiada
ć
- 4 -
o tym, co si
ę
sta
ł
o, o chu
ś
cie Weroniki i odci
ś
ni
ę
tym na niej Pa
ń
skim Obliczu, ani o poranku, gdy w tak cudownym poczuciu
szcz
ęś
cia odda
ł
em sw
ą
dusz
ę
. Có
ż
to bowiem za historia!
Post
ą
pi
ł
dwa kroki w moim kierunku, zachowuj
ą
c jednak uprzejmy dystans. Zawsze by
ł
d
ż
entelmenem, nawet gdy jeszcze
nie istnia
ł
o to s
ł
owo. W dawnym Rzymie musieli mie
ć
odpowiednie okre
ś
lenie dla osoby o nieskazitelnych manierach,
g
łę
bokim poczuciu honoru i uprzejmo
ś
ci równie wielkiej wobec bogaczy, jak wobec n
ę
dzarzy. Taki w
ł
a
ś
nie by
ł
Marius i wedle
mojej wiedzy - by
ł
taki od zawsze.
Ś
nie
ż
nobia
ł
a r
ę
ka spoczywa
ł
a na ciemnym at
ł
asie balustrady. Mia
ł
na sobie p
ł
aszcz z szarego aksamitu, niegdy
ś
wielce
wytworny, teraz jednak nosz
ą
cy wyra
ź
ne
ś
lady wiatrów i deszczów, d
ł
ugie jak Lestat jasne w
ł
osy, pe
ł
ne
ś
wiat
ł
a i lekko
zmierzwione przez wilgo
ć
, której kropelki mo
ż
na by
ł
o dojrze
ć
nie tylko na ich koniuszkach, ale i na z
ł
ocistych brwiach i na
d
ł
ugich rz
ę
sach, okalaj
ą
cych du
ż
e, kobaltowoniebieskie oczy.
By
ł
o w nim wi
ę
cej nordycko
ś
ci i mrozu ni
ż
w Lestacie, którego w
ł
osy z kolei wi
ę
cej mia
ł
y z
ł
ocisto
ś
ci i blasku, oczy za
ś
,
niczym pryzmaty, zbiera
ł
y
ś
wiat
ł
o, a wystarczy
ł
a najdrobniejsza prowokacja ze strony zewn
ę
trznego
ś
wiata, by nape
ł
ni
ł
y si
ę
g
łę
bokim fioletem.
W Mariusie zawsze widzia
ł
em s
ł
oneczne niebo pó
ł
nocnej g
ł
uszy. Oczy jego promieniowa
ł
y w
ł
asnym, odtr
ą
caj
ą
cym
wszelkie zewn
ę
trzne barwy
ś
wiat
ł
em; istne wierzeje duszy o niezwyk
ł
ej stabilno
ś
ci.
- Armandzie - rzek
ł
- chc
ę
, aby
ś
uda
ł
si
ę
ze mn
ą
.
- Dok
ą
d, Mistrzu? - Ja tak
ż
e chcia
ł
em si
ę
odpowiednio zachowa
ć
. Zawsze wyzwala
ł
we mnie takie subtelne instynkty.
- Do mojego domu, Armandzie, gdzie i oni si
ę
znajduj
ą
, Sybelle i Benji. Nie, nie, nie l
ę
kaj si
ę
ani przez chwil
ę
. Zosta
ł
a z
nimi Pandora. Doprawdy, to zadziwiaj
ą
cy
ś
miertelnicy, b
ł
yskotliwi, tak odmienni, a zarazem podobni. Kochaj
ą
ci
ę
, wiedz
ą
tak
wiele i razem z tob
ą
odbyli ca
ł
kiem d
ł
ug
ą
podró
ż
.
Poczu
ł
em nag
ł
y przyp
ł
yw krwi i kolorów. By
ł
o to ciep
ł
o niemi
ł
e, cuchn
ą
ce, a kiedy krew znów odp
ł
yn
ęł
a z mojej twarzy,
pojawi
ł
si
ę
ch
ł
ód i dziwna s
ł
abo
ść
, spowodowana jakim
ś
doznaniem.
Pobyt tutaj by
ł
prawdziwym szokiem i chcia
ł
em mie
ć
to ju
ż
za sob
ą
.
- Mistrzu, nie wiem, kim jestem w tym nowym
ż
yciu - powiedzia
ł
em. - Istniej
ę
na nowo? Odmieni
ł
em si
ę
? - Zawaha
ł
em
si
ę
, ale nie by
ł
o sensu tego odk
ł
ada
ć
. - Nie ka
ż
mi teraz tu zostawa
ć
. Mo
ż
e kiedy
ś
, gdy Lestat znowu b
ę
dzie sob
ą
, kiedy czas
jaki
ś
ju
ż
up
ł
ynie... Wiele jest niejasno
ś
ci, w ka
ż
dym razie nie mog
ę
w tej chwili przyj
ąć
twego
ł
askawego zaproszenia.
Lekko skin
ął
g
ł
ow
ą
na zgod
ę
, co potwierdzi
ł
gestem d
ł
oni. P
ł
aszcz zsun
ął
si
ę
z jednego ramienia, na co jednak nie
zareagowa
ł
. Ods
ł
oni
ł
a si
ę
czarna, we
ł
niana szata, jakby zaniedbana, klapy i kieszenie obr
ę
bia
ł
szary kurz. Zupe
ł
nie to do
niego nie pasowa
ł
o. Wokó
ł
szyi mia
ł
udrapowany bia
ł
y jedwab, dzi
ę
ki czemu twarz by
ł
a bardziej ludzka, ale materia
ł
wygl
ą
da
ł
jak poszarpany przez kolce. W sumie strój, który raczej straszy
ł
, ni
ż
przyodziewa
ł
, bardziej odpowiedni dla w
ł
ócz
ę
gi
ni
ż
dla mego starego Mistrza.
Wiedzia
ł
, jak s
ą
dz
ę
,
ż
e czuj
ę
si
ę
zagubiony. Zerka
ł
em w mrok ponad g
ł
ow
ą
. Chcia
ł
em dosta
ć
si
ę
na strych, znale
źć
si
ę
obok ubrania po nie
ż
ywym dziecku. Impertynencko pozwoli
ł
em swym my
ś
lom w
ę
drowa
ć
, podczas gdy on czeka
ł
.
Uprzejme s
ł
owa pozwoli
ł
y mi si
ę
skupi
ć
.
- Sybelle i Benji b
ę
d
ą
ze mn
ą
, kiedy zechcesz ich zobaczy
ć
. Bez trudu nas znajdziesz, jeste
ś
my niedaleko. Wystarczy, by
ś
zechcia
ł
, a pos
ł
yszysz Appassiona
ę
. - U
ś
miechn
ął
si
ę
.
- Da
ł
e
ś
jej fortepian - rzek
ł
em. My
ś
la
ł
em o z
ł
otej Sybelle. Swój nadnaturalny s
ł
uch zamkn
ął
em na
ś
wiat, a nie chcia
ł
em
otwiera
ć
uszu nawet dla cudownych d
ź
wi
ę
ków jej gry, za któr
ą
i tak ju
ż
t
ę
skni
ł
em.
Ledwie znale
ź
li
ś
my si
ę
w klasztorze, Sybelle zobaczy
ł
a fortepian i szeptem spyta
ł
a, czy mo
ż
e zagra
ć
. By
ł
o to nie w
kaplicy, gdzie le
ż
a
ł
Lestat, lecz w innym, pustym pomieszczeniu. Odrzek
ł
em jej,
ż
e nie by
ł
oby to w
ł
a
ś
ciwe, gdy
ż
mog
ł
oby
jako
ś
doskwiera
ć
le
żą
cemu tu Lestatowi, a my nie wiemy, co my
ś
li i czuje, czy co
ś
go dr
ę
czy uwi
ę
zionego we
ś
nie.
- Mo
ż
e kiedy si
ę
zjawisz, zostaniesz troch
ę
d
ł
u
ż
ej - powiedzia
ł
Marius. - Z przyjemno
ś
ci
ą
pos
ł
uchasz, jak gra na moim
fortepianie, b
ę
dzie okazja do rozmowy i do odpoczynku, a zosta
ć
b
ę
dziesz móg
ł
, ile zechcesz.
- 5 -
Plik z chomika:
Tomione_bad_bitch69
Inne pliki z tego folderu:
02 - Wampir L.pdf
(3245 KB)
03 - Krolowa.pdf
(2874 KB)
01 - Wywiad z.pdf
(2155 KB)
04 - Opowiesc o zlodzieju.pdf
(2717 KB)
05 - Memnoch d.pdf
(2251 KB)
Inne foldery tego chomika:
- Shadowhunters sezon 2
# Nowe
Adobe Photoshop CS6 Extended FULL
CD2
Dokumenty
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin