George R. R. Martin
Lodowy smok
Adara najbardziej ze wszystkich pór roku lubiła zimą, gdy bowiem świat ogarniał chłód, zjawiał się lodowy smok.
Nie była do końca pewna, czy to zimno przywabia smoka, czy raczej smok sprowadza mrozy. Takie pytania często zaprzątały głowę jej brata Geoffa, który miał dwa lata więcej od niej i jego ciekawość była niewyczerpana. Adary podobne sprawy nie obchodziły. Do szczęścia wystarczało jej, by zimno, śnieg i lodowy smok zjawiły się o swojej porze.
Zawsze wiedziała, kiedy należy ich oczekiwać, dlatego że wtedy miała urodziny. Była zimowym dzieckiem, zrodzonym podczas mrozów tak strasznych, że gorszych nie pamiętała nawet stara Laura, która mieszkała w sąsiednim gospodarstwie i sięgała pamięcią czasów, gdy nikt z obecnie żyjących jeszcze się nie narodził. Ludzie do dzisiaj opowiadali o tych mrozach. Adara często o tym słyszała.
Mówili też o innych sprawach. Opowiadali, że to ów straszliwy chłód zabił jej matkę, pochłaniając podczas długiej nocy porodu ciepło potężnego ognia, który rozpalił jej ojciec, i zakradając się pod warstwy koców pokrywające łoże. Twierdzili również, że zimno dotarło do Adary jeszcze w macicy matki, że gdy się narodziła, jej skóra była bladosina i zimna w dotyku i że przez wszystkie lata swego życia dziewczynka wcale nie zrobiła się cieplejsza. Zima jej dotknęła, zostawiła na niej swój znak i od tej pory Adara należała do niej.
To prawda, że zawsze trzymała się na uboczu. Była bardzo poważną małą dziewczynką i rzadko miała ochotę bawić się z innymi. Ludzie przyznawali, że jest piękna, ale na dziwny, odległy sposób. Skórę miała jasną, włosy blond, a oczy duże i jasnoniebieskie. Uśmiechała się, ale niezbyt często. Nikt nigdy nie widział, by płakała. Raz, kiedy miała pięć lat, nadepnęła na gwóźdź wbity w ukrytą w zaspie deskę. Przebił jej stopę na wylot, lecz nie krzyknęła ani się nie rozpłakała. Uwolniła nogę i wróciła do domu, zostawiając w śniegu ślad krwi.
- Tato, skaleczyłam się - powiedziała tylko po przyjściu. Nie dla niej były humory, napady złości i łzy zwyczajnych dzieci.
Nawet jej najbliżsi zdawali sobie sprawę, że Adara jest inna niż wszyscy. Jej ojciec był burkliwym, silnym jak niedźwiedź mężczyzną, który nie lubił zbytnio towarzystwa innych ludzi, lecz zawsze uśmiechał się, gdy Geoff zawracał mu głowę pytaniami, i nigdy nie brakowało mu chęci do uścisków i śmiechu dla starszej siostry Adary, Teri, która była złotowłosa, piegowata i bezwstydnie flirtowała ze wszystkimi miejscowymi chłopakami. Czasami przytulał również Adarę, zwłaszcza gdy był pijany, co podczas długich zim zdarzało się często. Wtedy jednak nic było uśmiechów. Obejmował tylko dziewczynkę ramionami i przyciskał jej maleńkie ciałko z całej swej wielkiej siły. Głęboko w jego piersi rodziło się wówczas łkanie, a po rumianych policzkach spływały wielkie, wilgotne łzy. Latem nigdy jej nie obejmował. Był na to zbyt zajęty.
Wszyscy oprócz Adary mieli wtedy mnóstwo roboty. Geoff pomagał ojcu w polu i zadawał mu niezliczone pytania o to i o owo, chcąc się dowiedzieć wszystkiego, co musi wiedzieć gospodarz. Gdy nie pracował, biegł z kolegami nad rzekę w poszukiwaniu przygód. Teri prowadziła dom i gotowała, a w okresie, gdy ruch był największy, dorabiała też trochę w gospodzie na skrzyżowaniu dróg. Córka oberżysty była jej przyjaciółką, a jego najmłodszy syn kimś więcej niż przyjacielem. Zawsze wracała stamtąd rozchichotana, przynosząc mnóstwo plotek i wieści zasłyszanych od wędrowców, żołnierzy i królewskich posłańców. Dla Teri i Geoffa lato było najlepszym okresem. Oboje byli wówczas bardzo zajęci i nie mieli czasu dla Adary.
Najbardziej zapracowany był jednak ojciec. Codziennie miał do wykonania tysiąc zadań, a gdy siq z nimi uporał, znajdował sobie następne. Pracował od świtu do zmierzchu. Latem chudł i mięśnie mu twardniały, a kiedy wracał nocą z pola, śmierdział potem, zawsze jednak był uśmiechnięty. Po kolacji siadał z Geoffem, by opowiadać mu historie i odpowiadać na jego pytania, uczył Teri tajników gotowania bądź też wybierał się do gospody. Był prawdziwym dzieckiem lata.
Nigdy wtedy nie pił, poza kielichem wina, wychylanym od czasu do czasu z okazji wizyty brata.
To był kolejny powód, dla którego Teri i Geoff kochali lato, gdy na świecie było gorąco i zielono, a wszystko tętniło życiem. Tylko wówczas odwiedzał ich stryj Hal, młodszy brat ojca. Był smoczym jeźdźcem w służbie królewskiej, wysokim, szczupłym mężczyzną o twarzy szlachcica. Smoki nie potrafią znieść chłodu i dlatego z nadejściem zimy Hal odlatywał ze swym skrzydłem na południe. Latem jednak wracał i - odziany we wspaniały zielono-złoty królewski mundur - odwiedzał ich po drodze na pole walki, które leżało na północnym zachodzie. Wojna trwała przez całe życie Adary.
Zawsze przywoził prezenty, zabawki z królewskiego miasta, biżuterię z kryształów i złota, cukierki oraz butelkę drogiego wina, którą wypijał z bratem. Uśmiechał się do Teri, która rumieniła się, słysząc jego komplementy, a Geoffa zabawiał opowieściami o wojnie, zamkach i smokach. Zawsze też próbował przywołać uśmiech na usta Adary za pomocą podarunków, żartów i uścisków. Rzadko mu się udawało.
Choć był dobroduszny, Adara go nie lubiła. Gdy ich odwiedzał, znaczyło to, że zima jest daleko.
Poza tym, pewnej nocy, kiedy miała dopiero cztery lata, podsłuchała ich rozmowę przy winie. Myśleli, że dawno już usnęła.
- Mała jest okropnie poważna - zauważył Hal. - Powinieneś być dla niej serdeczniejszy, John. Nie możesz jej winić za to, co się stało.
- Nie mogę? - zapytał ojciec głosem bełkotliwym od wypitego wina. - Pewnie masz rację. Ale to trudne. Jest bardzo podobna do Beth, ale nie ma w sobie nic z jej ciepła. Jest w niej zima. Gdy tylko jej dotykam, czuję chłód i przypominam sobie, że to przez nią Beth musiała umrzeć.
- To ty jesteś dla niej zimny. Nie kochasz jej tak, jak pozostałą dwójkę. Adara do dziś pamiętała śmiech, jakim przyjął te słowa ojciec.
- Kochać ją? Ach, Hal, kochałem ją najbardziej ze wszystkich. Była moim zimowym dzieciątkiem. Ale ona nie odwzajemniła tej miłości. Nie ma w niej żadnych uczuć dla mnie, dla ciebie ani dla nikogo. To bardzo zimne dziecko.
Rozpłakał się, chociaż było lato i Hal był przy nim. Adara słuchała tego, leżąc w łóżku. Chciałaby, żeby stryjek już sobie odleciał. Nie rozumiała wówczas tego, co usłyszała, zapamiętała jednak każde słowo. Zrozumienie przyszło później.
Nie rozpłakała się ani wtedy, gdy to słyszała, ani kiedy w wieku sześciu lat wreszcie wszystko pojęła. Hal odleciał po kilku dniach. Geoff i Teri machali podekscytowani rękami, gdy przemykało nad nimi jego skrzydło: trzydzieści wielkich smoków w dumnej formacji, rysujących się na tle letniego nieba. Adara patrzyła na nie z rączkami zwieszonymi u boków.
Były jeszcze inne lata i inne wizyty, lecz Hal nigdy nie skłonił jej do uśmiechu, bez względu na to, co jej przywoził.
Uśmiechy Adary stanowiły sekretny skarbczyk, z którego czerpała wyłącznie zimą. Nigdy nie mogła doczekać się nadejścia urodzin, a wraz z nimi chłodów, zimą była bowiem wyjątkowym dzieckiem.
Wiedziała o tym już od czasów, gdy była bardzo mała i bawiła się z innymi w śniegu. Zimno nigdy nie przeszkadzało jej, tak jak Geoffowi, Teri i ich kolegom. Często długimi godzinami zostawała sama na dworze, gdy wszyscy uciekli już w poszukiwaniu ciepła albo pobiegli do starej Laury na gorącą zupę jarzynową, którą lubiła gotować dla dzieci. Adara znajdowała sobie wówczas tajemne miejsce gdzieś daleko na polach. Każdej zimy było ono inne. Budowała tam wysoki, biały zamek, uklepując śnieg gołymi rączkami, by uformować wieże i blanki, takie jak te, które według opowieści Hala miał królewski zamek w mieście. Odłamywała sople z nisko wiszących konarów, żeby zrobić z nich wieże, szpikulce i posterunki strażnicze, rozmieszczone na całym obszarze budowli. W samym środku zimy często zdarzała się krótka odwilż, a po niej nagły przymrozek, i w ciągu jednej nocy jej śnieżny zamek zamieniał się w lód, twardy i mocny niczym prawdziwe mury. Poświęcała na jego budowę całą zimę i nikt nigdy o tym nie wiedział. Potem jednak nadchodziła wiosna, po odwilży nie było już przymrozków, mury i blanki topiły się, a Adara zaczynała odliczać dni do swych następnych urodzin.
Jej zimowe zamki rzadko stały puste. Po pierwszym przymrozku z nor wypełzały lodowe jaszczurki. Na polach roiło się od tych maleńkich, niebieskich stworzonek, które biegały w różne strony, ledwie dotykając śniegu. Wszystkie dzieci bawiły się nimi, były jednak niezgrabne i okrutne. Łamały kruche zwierzątka wpół między palcami jak zwisające z dachu sople. Nawet Geoff, który był zbyt dobry, by uczynić coś takiego, czasami ulegał ciekawości i za długo trzymał jaszczurki w dłoniach, chcąc się im przyjrzeć, aż wreszcie topniały, trawione ciepłem jego ciała, a na koniec ginęły.
Dłonie Adary były chłodne i delikatne. Mogła trzymać w nich jaszczurki tak długo, jak tylko zechciała, nie czyniąc im żadnej szkody. Geoff widząc to, wydymał zawsze usta i zasypywał ją gniewnymi pytaniami. Czasami kładła się w zimnym, mokrym śniegu i pozwalała, by zwierzątka obłaziły ją całą. Zachwycał ją leciutki dotyk łapek biegających po jej twarzy stworzonek. Podczas pracy niekiedy ukrywała je w swoich włosach, choć pamiętała, by nigdy nie zabierać ich do domu, gdzie zabiłoby je ciepło bijące z kominka. Po posiłku zawsze zbierała resztki i wynosiła je w sekretne miejsce, w którym trwała budowa zamku, by tam je rozsypać. Dzięki temu w jej pałacach każdej zimy pełno było królów i dworzan: małych, kudłatych stworzonek, które wybiegały z lasu, zimowych ptaków o białym upierzeniu oraz niezliczonych setek wijących się, walczących ze sobą lodowych jaszczurek, zimnych, szybkich i tłustych. Adara wolała je od wszystkich domowych zwierząt, jakie mieli przez wszystkie te lata.
Prawdziwą miłością darzyła jednak lodowego smoka.
Nie pamiętała, kiedy ujrzała go po raz pierwszy. Miała wrażenie, że zawsze był częścią jej życia. Pojawiał się jak wizja w samym środku zimy, mknąc po zimowym niebie na skrzydłach barwy pogodnego błękitu. Nawet w owych czasach lodowe smoki były rzadkością i na ich widok zachwycone dzieci wyciągały rączki, a starsi mruczeli coś pod nosem, potrząsając głowami. Lodowe smoki zapowiadały długą i mroźną zimę. Opowiadano, że jednego z nich widziano na tle księżyca w dzień narodzin Adary i od tego czasu pojawiał się on każdej zimy. Wszystkie te zimy były naprawdę bardzo srogie, a wiosna z roku na rok przychodziła później. Dlatego ludzie rozpalali ogniska i modlili się w nadziei, że odpędzą w ten sposób lodowego smoka, a Adarę ogarniał strach.
Nic to jednak nie dawało. Każdego roku lodowy smok wracał. Adara wiedziała, że przylatuje do niej.
Był ogromny, o połowę większy od pokrytych zieloną łuską bojowych smoków, na których latali Hal i jego towarzysze. Adara słyszała legendy o dzikich smokach przerastających rozmiarami góry, nigdy jednak takiego nie widziała. Wierzchowiec Hala był duży, pięciokrotnie większy od konia, lecz w porównaniu z jej lodowym smokiem wydawał się mały i do tego brzydki.
Lodowy smok był kryształowo biały, bielą tak twardą i zimną, że przechodziła niemal w błękit. Pokrywał go szron i dlatego podczas ruchu jego skóra pękała z trzaskiem, tak jak lodowa skorupa pokrywająca śnieg pęka pod butami, a na ziemię sypały się płatki marzłoci.
Oczy miał przejrzyste, głębokie i lodowate, a skrzydła wielkie, nietoperzowe, koloru bladego, półprzezroczystego błękitu. Gdy kołował po zimowym niebie, Adara widziała przez nie chmury, a często również księżyc i gwiazdy.
Zamiast zębów miał trzy rzędy sopli, wyszczerbionych włóczni nierównej długości. Ich biel kontrastowała ostro z ciemnoniebieską paszczą.
Kiedy rozpościerał skrzydła, szalały zimne wichry i śnieżne zadymki, a świat zdawał się kulić i drżeć na mrozie. Czasami, gdy nagły powiew otwierał drzwi, wpuszczając do środka zimowy chłód, gospodarz zamykał je pospiesznie, mówiąc: „Przeleciał lodowy smok".
A kiedy bestia otwierała paszczę, nie tryskał z niej ogień, śmierdzący siarką oddech jej mniejszych pobratymców.
Ziała zimnem.
Wszystko, czego dotknął jej oddech, pokrywał lód. Ciepło uciekało. Ognie gasły, stłumione chłodem. Do sekretnych, powolnych dusz drzew przenikał mróz, a ich konary stawały się kruche i łamały się pod własnym ciężarem. Zwierzęta siniały i ginęły, skomląc. Nim nadszedł kres, wybałuszały oczy, a skórę pokrywał im szron.
Lodowy smok przynosił na świat śmierć. Śmierć, spokój i zimno. Adara się jednak nie bała. Była zimowym dzieckiem i bestia była jej sekretem.
Widywała ją na niebie tysiąc razy. Kiedy miała cztery lata, ujrzała ją na ziemi.
Wylądowała obok Adary, gdy dziewczynka budowała swój śnieżny zamek, na pustych, zasypanych śniegiem polach. Wszystkie lodowe jaszczurki uciekły, lecz Adara stała tylko bez ruchu. Lodowy smok wpatrywał się w nią przez dziesięć długich uderzeń serca, zanim ponownie wzbił się w przestworza. Gdy załopotał skrzydłami, Adarę ogarnął lodowaty powiew. Mimo to dziewczynka poczuła dziwne uniesienie.
Wrócił później tej samej zimy i wtedy go dotknęła. Choć jego skóra była bardzo zimna, Adara zdjęła rękawiczkę. Nie byłoby w porządku, gdyby tego nic uczyniła. Bała się trochę, że jej dotyk strawi go i stopi, nic takiego się jednak nie zdarzyło. Wiedziała skądś, że jest jeszcze wrażliwszy na ciepło niż lodowe jaszczurki, ona jednak była szczególnym, zimowym dzieckiem i skórę miała chłodną. Pogłaskała go, a na koniec pocałowała w skrzydło, nie zważając na pieczenie warg. To była zima jej czwartych urodzin, rok, gdy dotknęła lodowego smoka.
W zimę swych piątych urodzin dosiadła go po raz pierwszy.
Znalazł ją znowu, gdy pracowała nad innym zamkiem na innym polu, jak zawsze sama.
Przyglądała się mu, podbiegła do niego, gdy wylądował, i przytuliła się do jego ciała. Tego lata słyszała, co ojciec powiedział Halowi.
Stali obok siebie przez wiele minut, aż wreszcie Adara przypomniała sobie stryjka, wyciągnęła rękę i szarpnęła dziecinną dłonią błonę jednego z potężnych skrzydeł. Smok załopotał nimi gwałtownie, a potem rozłożył je płasko na śniegu. Dziewczynka wdrapała się na górę i objęła jego zimną, białą szyję.
Po raz pierwszy wzbili się razem w powietrze.
Nie miała uprzęży ani bicza, jakich używali królewscy smoczy jeźdźcy. Były chwile, że poruszające się skrzydła groziły jej strąceniem w dół, a zimno smoka przenikało przez jej ubranie, wgryzając się w dziecinne ciałko. Adara się jednak nie bała.
Gdy przelatywali nad gospodarstwem ojca, ujrzała w dole Geoffa, który wydawał się bardzo maleńki, zaskoczony i przerażony. Wiedziała, że jej nie zauważył. Parsknęła dźwięcznym, lodowatym śmiechem, jasnym i rześkim jak zimowe powietrze.
Przelecieli nad gospodą na skrzyżowaniu dróg, tak wysoko, że Adara nawet nie widziała ziemi. Miała wrażenie, iż w oddali dostrzega drugiego lodowego smoka, który jednak nie wyglądał nawet w połowie tak wspaniale.
Lecieli przez większą część dnia, aż wreszcie bestia zatoczyła szeroki krąg i opadła po spirali w dół, szybując na sztywnych, połyskliwych skrzydłach. Tuż po zmierzchu smok zostawił dziewczynkę na polu, z którego ją zabrał.
Gdy znalazł ją tam ojciec, rozpłakał się na jej widok i uściskał ją ze wszystkich sił. Nie rozumiała tego. Nie wiedziała też, dlaczego zbił ją po powrocie do domu. Gdy jednak oboje z Geoffem położyli się spać, usłyszała, jak brat wymyka się z łóżka i podchodzi do niej.
- Ominęły cię ciekawe rzeczy - powiedział. - Widzieliśmy lodowego smoka. Wszyscy się go wystraszyli. Ojciec bał się, że cię pożarł.
Adara uśmiechnęła się do siebie w ciemności, nic jednak nie powiedziała.
Tej zimy latała na lodowym smoku jeszcze cztery razy i to samo powtarzało się w następne zimy. Każdego roku loty trwały coraz dłużej i było ich więcej, a na niebie nad ich gospodarstwem coraz częściej widywano przelatującą bestię.
Każda zima była dłuższa i mroźniej sza od poprzedniej. Każdej wiosny odwilż nadchodziła później.
A miejsca, w których lodowy smok przysiadał, by odpocząć, nigdy nie odmarzały do końca.
Gdy naszedł szósty rok życia Adary, w wiosce mówiono na ten temat bardzo wiele, wysłano nawet petycję do króla, która jednak pozostała bez odpowiedzi.
- Lodowe smoki to paskudna sprawa - orzekł Hal, gdy latem odwiedził ich gospodarstwo. - No wiesz, one nie są podobne do prawdziwych smoków. Nie można ich oswoić ani wytresować. Znamy opowieści o tych, którzy tego próbowali. Znajdowano ich zamarzniętych, z biczem i uprzężą w dłoni. Słyszałem o ludziach, którzy stracili dłonie albo palce tylko dlatego, że dotknęli takiego smoka. Od odmrożenia. Tak, to paskudna sprawa.
- W takim razie dlaczego król nic nie robi? - zapytał jej ojciec. - Wysłaliśmy przecież petycję. Jeśli nie uda nam się zabić albo odpędzić bestii, za rok czy dwa nie zbierzemy żadnych plonów.
Hal uśmiechnął się ponuro.
- Król ma na głowie ważniejsze sprawy. No wiesz, wojna przybiera zły obrót. Każdego lata nieprzyjaciel posuwa się dalej. Ma dwa razy więcej smoczych jeźdźców od nas. Mówię ci, John, to prawdziwe piekło. Król nie ma ludzi, których mógłby wysłać w pościg za lodowym smokiem. - Roześmiał się. - Poza tym, nie sądzę, by kiedykolwiek komuś udało się zabić takiego potwora. Może powinniśmy po prostu oddać wrogom całą prowincję. Wtedy to byłby ich lodowy smok.
„Tak się nie stanie" - pomyślała Adara, nasłuchując. Bez względu na to, jaki król będzie tu władał, smok zawsze będzie należał do niej.
Hal odleciał, a lato powoli dobiegło końca. Adara liczyła dni, które zostały do jej urodzin. Przed pierwszymi chłodami stryjek odwiedził ich znowu, wędrując ze swym brzydkim smokiem na południe, by spędzić tam zimę. Jego skrzydło wydawało się teraz mniej liczne, a wizyta trwała krócej i zakończyła się głośną sprzeczką z ojcem.
- Nie ruszą się do wiosny - zapewniał Hal. - Zimą teren jest zbyt zdradziecki. Nie zaryzykują też ofensywy bez osłony smoczych jeźdźców. Ale wiosną nie zdołamy ich powstrzymać. Możliwe, że król nawet nie będzie próbował. Sprzedaj gospodarstwo, dopóki jeszcze możesz dostać za nie dobrą cenę. Za te pieniądze kupisz sobie nowe na południu.
- To moja ziemia - zaprotestował jej ojciec. - Tu się urodziłem. Ty również, chociaż widzę, że o tym zapomniałeś. Tu są pochowani nasi rodzice. I Beth także. Kiedy umrę, chcę spocząć obok niej.
- Jeśli mnie nie posłuchasz, umrzesz znacznie szybciej, niż ci się zdaje - zripostował gniewnie Hal. - Nie bądź głupcem, John. Wiem, ile znaczy dla ciebie ta ziemia, ale nie warto dla niej tracić życia.
Mówił bardzo długo, lecz ojciec nie dał się przekonać. W końcu zaczęli przeklinać i Hal wyszedł z ich domu ciemną nocą, trzaskając drzwiami.
Słuchając ich rozmowy, Adara podjęła decyzję. Bez względu na to, co postanowi ojciec, ona zostanie tutaj. Gdyby opuściła wioskę, po nadejściu zimy lodowy smok nie wiedziałby, gdzie jej szukać, a gdyby przeniosła się daleko na południe, w ogóle nie zdołałby do niej przylecieć.
Przyleciał jednak, tuż po jej siódmych urodzinach. Ta zima była najmroźniejsza ze wszystkich. Adara latała na nim tak często i zapuszczała się tak daleko, że niemal nie miała czasu pracować nad śnieżnym zamkiem.
Wiosną wrócił Hal. Z jego skrzydła zostało tylko dwanaście smoków i w tym roku nie przywiózł prezentów. Znowu pokłócili się z ojcem. Hal wściekał się, błagał i groził, ojciec był jednak niewzruszony jak kamień. Wreszcie stryjek odleciał na wojnę.
Tego roku królewskie linie obrony załamały się gdzieś na północy, nieopodal jakiegoś miasteczka o długiej nazwie, której Adara nie potrafiła wymówić.
Pierwsza usłyszała o tym Teri. Pewnej nocy wróciła z gospody zarumieniona i podekscytowana.
- Przybył posłaniec - oznajmiła. - Niesie wiadomość dla króla. Wróg zwyciężył w wielkiej bitwie i potrzebne są posiłki. Powiedział, że nasza armia jest w odwrocie.
Ojciec zmarszczył brwi, a na jego czole pojawiły się bruzdy niepokoju.
- A czy mówił coś o królewskich smoczych jeźdźcach?
Choć posprzeczali się z Halem, nadal byli rodziną.
- Pytałam o to - odparła Teri. - Powiedział, że smoczy jeźdźcy stanowią tylną straż. Mają wszystko palić i nękać wroga, by opóźnić jego marsz i pozwolić naszej armii na bezpieczny odwrót. „Och, mam nadzieję, że Halowi nic się nie stanie!".
- Hal im pokaże - zapewnił Geoff. - On i jego Siarka spalą wszystkich. Ojciec uśmiechnął się.
- Zawsze potrafił o siebie zadbać. Tak czy inaczej, nic nie możemy na to poradzić. Teri, jeśli zjawią się jeszcze jacyś posłańcy, wypytaj ich o to, co się dzieje.
Skinęła głową. Troska nie stłumiła do końca jej podniecenia. Wszystko to wydawało się bardzo frapujące.
W ciągu następnych tygodni sytuacja uległa jednak zmianie. Miejscowi ludzie zaczęli pojmować rozmiary katastrofy, która ich spotkała. Ruch na królewskim trakcie był coraz większy. Wszyscy wędrowcy kierowali się na południe i mieli na sobie zielo...
mbk581