Morderstwo w Leśnym Dworku.docx

(45 KB) Pobierz

 

 

Morderstwo w Leśnym Dworku

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

,,Niekiedy ci, którzy martwią się o nas, znacznie bardziej zasługują                        na współczucie niż my sami”

 

M. Gogol

 

 

 

 

 

 

PRZEDMOWA

 

 

              Nieraz kończąc czytanie opowiadania bądź powieści kryminalnej jesteśmy niesamowicie zaskoczeni olbrzymią pomysłowością oraz błyskotliwością autora.                       Żeby zadowolić nas, koneserów albo amatorów książek detektywistycznych, treść takowego utworu powinna być jasna, język niezbyt wyszukany, intrygująca zagadka kryminalna oraz jej zaskakujące zakończenie. Czytelnik musi znać wszystkie fakty, jednakże- co jest chyba największym smaczkiem-  sam powinien wyciągać odpowiednie wnioski. Stanowi to element zabawy; oprócz poznania interesujących postaci  i wydarzeń, możemy wykazać dużą inteligencję sami dochodząc do rozwiązania sprawy. Oczywiste jest, że stworzenie choćby najprostszego opowiadania detektywistycznego „trzymającego się kupy” wymaga od pisarza wielu godzin, a nieraz i dni intensywnego myślenia- doświadczyłem tego w trakcie tworzenia ,,Morderstwa w Leśnym Dworku”. Wykreowanie postaci, odpowiednie umiejscowienie akcji oraz ogólna fabuła nie jest niczym skomplikowanym. Szkopuł tkwi w szczegółach: sposobie popełnienia morderstwa, różnorodnych tropach prowadzących do wykrycia sprawy (także tych fałszywych), rozmowach z podejrzanymi i wreszcie- portretach psychologicznych bohaterów. W tym przypadku dużym utrudnieniem było również zmieszczenie                             się w określonej liczbie znaków- proszę mi uwierzyć, że napisanie tak krótkiej historii kryminalnej to nie lada wyzwanie. Dlatego mam nadzieję, iż Czytelnicy docenią trud i czas, jaki włożyłem w przygotowanie tego krótkiego opowiadania.

              Korzystając z okazji, pragnąłbym zadedykować to dzieło wszelkim autorom powieści kryminalnych w dowód uznania dla ich niesamowitego talentu, dzięki któremu wielbiciele książek detektywistycznych- tacy jak ja- mają czym zapełnić chwile wolnego czasu.

 

 

 

P.S. Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone przekroczenie dozwolonej liczby znaków               (ze spacjami) o kilkaset. Tak mała ilość stanowi około ośmiu pełnych linijek tekstu. Początkowo opowiadanie, oczywiście bez przedmowy, składało się z 45000 znaków. Poprawiając tekst, udało mi się skrócić całość niemal o jedną trzecią. Dziękuję                         za wyrozumiałość !

 

 

 

 

 

Rozdział I

 

 

Henryk Roszczyk, olbrzymi mężczyzna o kamiennej twarzy, zmiął list i wrzucił                     go do kominka. Wziął karafkę pełną czerwonego napoju- oranżady i wlał trochę                              do szklanki. Przestrzegał solidnie tradycji rodzinnych, więc mocne trunki spożywał jedynie                w środy. Był wściekły z powodu nagłego przyjazdu swojego brata, rzekomo zaginionego dziesiątki lat temu. Jak zawsze całą swoją złość przelał na żonę Jadwigę- siwowłosą, zaniedbaną kobietę przed sześćdziesiątką.

- Przyjadą i odjadą, kochanie- uspokajała go Jadwiga.

- Powrót braciszka-niedorajdy wraz z jakąś lafiryndą – skrzywił się, po czym wypił całą zawartość szklanki – Teraz wyjdź stąd, proszę.

Jadwiga posłusznie opuściła gabinet męża i skierowała się do pokoju siostry, Basi Choińskiej.                     Na pierwszy rzut oka wydawała się być jej córką, choć była tylko dziesięć lat młodsza. Spokojna twarz z olbrzymimi ciemnymi oczami wydawała się oderwana od jakichkolwiek trosk i kłopotów. Na co dzień pracowała w bibliotece, więc dostarczała domownikom ulubioną literaturę. Zgodziła się pomóc jutro Marii Dawczyńskiej, która sprzątała i gotowała w Leśnym Dworku. Jadwiga posłała jej pełne wdzięczności spojrzenie, po czym wyszła                  z pokoju.  Maria Dawczyńska, pomimo sędziwego wieku, nadal doskonale radziła sobie                 w kuchni. Wprawdzie nieco przygłucha, lecz poza tym jej sprawność fizyczna i trzeźwość umysłu wręcz rosły z wiekiem. Ponadto była młodszą siostrą matki Jagody Kłopot, dziewczyny Adama- syna Jadwigi i Henryka. Jadwiga zeszła po schodach na dół i spotkała syna. Był równie wysoki jak ojciec, jednak pomimo swej szczupłej sylwetki, wydawał się drobny i nieporadny. Ogólnie rzecz biorąc wygląd i charakter odziedziczył raczej po matce. Blada twarz, słabe ciemne włosy oraz poważny wyraz twarzy przywodziły na myśl młodego naukowca, którym zresztą planował zostać. Tego wieczora wybierał się na imprezę                    do znajomych swojej dziewczyny. Jadwiga przypomniała mu o wizycie wuja.

- W porządku. Wiesz, że nie pijam w piątki. Możesz na mnie liczyć. Przywitam                              go wraz z ojcem. Zwyczaje trzeba podtrzymywać.

,,Zwyczaje trzeba podtrzymywać”- myślała Jadwiga, kładąc się do łóżka. W tym jednym               jest podobny do ojca. Jednak zmęczenie nie pozwoliło jej na dalsze przemyślenia. Po kilku chwilach już spała jak suseł. W okno cichutko uderzały krople deszczu.

 

 

Rozdział II

 

 

              Następnego dnia chwilę po ósmej na teren Leśnego Dworku zajechał wypasiony, srebrny mercedes. Wysiadł z niego mężczyzna podobny z wyglądu do Henryka,                     lecz o bujniejszych włosach i opalonej na ciemny brąz skórze. Emanowało z niego wiele pozytywnej energii. Odziany był znoszoną brązową marynarką i nadszarpnięte zębem czasu jeansy.

- Witam całą rodzinę! – uścisnął ręce panom, a kobiety wycałował – Ale trudno tu dojechać - głos miał lekko zachrypły, ale sympatyczny.

Rzeczywiście, znajdujący się na obrzeżach Warszawy Leśny Dworek był domem, do którego ciężko dojechać. Zwłaszcza, jeżeli nie zna się okolic. Leśny Dworek w gruncie rzeczy nie stał           w lesie, a na jego skraju. I nie był tak olbrzymi, jak mogłoby się wydawać z nazwy. Nie licząc nieużywanego strychu oraz piwnicy, liczył niecałe 200 m2. I wyglądał doskonale, jak na swoje przeszło 150 lat. Oryginalnie drewniany, choć za czasów Bogdana- ojca Henryka-                   został podmurowany. Od strony wschodniej znajdował się balkon, długi na całą szerokość domu. Dworek sprawiał wrażenie zadbanego, sielskiego i otwartego dla gości.

- Poznajcie jeszcze moją obecną – z samochodu wyszła właśnie niemłoda kobieta o krótkich, ciemnych włosach. Na jej lewym ramieniu wisiała torebka.

- Celina Grzesiak, miło mi – głos miała przesadnie słodki – Chętnie tutaj trochę pogościmy.

- Ależ naturalnie, siedźcie ile chcecie – zachęciła ją Jadwiga. Szybko tego żałowała, bo ujrzała właśnie zimne spojrzenie męża.

,,Cóż za brzydkie i niemiłe babsko”- pomyślała Barbara o nowoprzybyłej.

Celina miała na sobie czarną koronkową sukienkę, która pasowałaby na nią trzydzieści lat wstecz. Grubą warstwą makijażu starała się dość nieudolnie ukryć swój prawdziwy wiek. Czuć było od niej alkohol. Henryk zaprosił gości do środka. Z kuchni znajdującej się po prawej stronie od wejścia wyszła pulchna, jowialna staruszka  w białym fartuszku. Maria Dawczyńska przesłała wszystkim serdeczny uśmiech.

- Śniadanie będzie za pół godziny.

             

              Rodzina siedziała właśnie w salonie, kończąc śniadanie.

- Widzę, że przestrzegasz rodzinnych tradycji, braciszku- powiedział Mirek, puszczając oko  do Basi – jajecznica z pomidorami według przepisu matki, kabanosy i chlebuś. Pewnie alkoholu też nie pijecie poza środą.

- W odróżnieniu od ciebie mamy pewne zasady Henryk nie wytrzymał – Nie znikamy jak zjawa, z dnia na dzień. Zdałeś sobie kiedyś sprawę, że to przez ciebie ojciec zmarł?

Mirek ostentacyjnie wytarł usta chusteczką.

- Ta …  A wiesz dlaczego zniknąłem? Bo miałem dość tych tej nudy, która tu panowała.                  To wolno robić, tego nie wolno … Chciałem żyć na swój sposób. I mi się powiodło w życiu lepiej niż tobie. Mam tyle pieniędzy, że mógłbym kupić pięć takich dworków.

Skłamał, gdyż mercedes i skromny dom w Szkocji to jedyne co miał, nie mniej jednak chciał dokuczyć bratu. Wejście gosposi spowodowało zawieszenie sporu.

- Mam nadzieję, że smakowało państwu.

- Tak, droga damo, jesteś wolna! – zakpił Mirek, a Celina zachichotała – Proponuje się przejść. Oprowadzisz nas po swojej posesji? Nie masz się co martwić, nie rozrzucimy butelek z naszym ekskluzywnym alkoholem, przynajmniej ja. Od tygodnia jestem na antybiotyku, choróbsko mnie złapało. Nie ręczę  za moją Celinkę. Pije jak szewc, choć ma wszystkie możliwe problemy sercowe. Chodź! - złapał ją za rękę i wstał.

- Zanim wyjdziemy – zaczęła Jadwiga – może pokażemy wam pokój? Adaś, zaprowadzisz gości na górę?

Henryk poszedł za potrzebą, więc w salonie zostały tylko obie siostry.

- Kochana, co ci jest? – zapytała czule Basia – Jesteś zahukana. To … Henryk? Znów coś ci powiedział?

Kiwnęła żałośnie głową.

- Zrobił mi awanturę przed śniadaniem. Chciałam być gościnna i powiedziałam Celinie,                 że mogą zostać na dłużej. Henryk jest kochany, ale ma węża w kieszeni. Nawyzywał mnie             od najgorszych, powiedział, że jedzenie kosztuje … - przetarła oczy – Idę się przejść z resztą.             Nie chcę mieć kolejnych przykrości.

Lekko uśmiechnęła się do siostry i opuściła salon.

 

Rozdział III

 

 

              Jadwiga, Mirosław i Adam wyruszyli na spacer. Henryk postanowił popracować,               a Jadwiga pozostała pod pretekstem bólu głowy. Pogoda była idealna na spacer, choć daleko na horyzoncie pojawiły ciemne chmury. Wpierw udali się do drewnianej altanki                       po wschodniej stronie domu. Usiedli w niej na jakiś czas i rozmawiali.

- Gdzie poznałeś Celinę, wuju? – zapytał nagle Adam.

- Tę starą pijaczkę żyjącą z alimentów po bogatych mężach? – zaśmiał się głośno – Spotkałem ją już w Polsce. Jestem tutaj od przeszło miesiąca. Nic nie warta, ale przynajmniej nie nudzę się. Niegdyś podobno była prawnikiem, ale nie wygląda na takową. Ruszmy gdzieś!

Towarzystwo wstało. Przeszli obok szklarni, wewnątrz której uprawiano pomidory. Niestety nadal nie chciały dojrzeć. Obok niej leżały różne narzędzia ogrodnicze. Zaraz za nią znajdował się ogródek otoczony niziutkim, drewnianym płotem. Rosły tutaj różnokolorowe, dorodne mieczyki, dumnie wyglądająca krwistoczerwona róża, astry oraz cynie. Widać było, że pani domu spędza tutaj dużo czasu- nie dało się zauważyć  ani jednego chwastu. Przy ogrodzeniu pojawiły się znaczne ilości białych grzybów-  nic dziwnego po tak ciepłej i deszczowej nocy.                Z tyłu domu znajdowała się zamykana   na noc furtka, za którą znajdował się las.

- Może mała wycieczka do buszu? Idealne miejsce na sierpniową przechadzkę – zaproponował Mirek, na co reszta chętnie przystała.

- Doskonale, pozbieram trochę grzybów- ucieszyła się Jadwiga.

Po chwili rodzina znikła wśród zieleni drzew i krzewów.

             

              Maria umieściła idealnie doprawionego kurczaka do piekarnika. Rosół  już zaczął się warzyć, więc miała chwile wolnego czasu. Usiadła na taborecie i przez moment wsłuchiwała się w miłe dla ucha ćwierkanie wróbli.

- Piękne zapachy, kochana – w kuchni pojawiła się Barbara – W czym mogę pomóc?

- Na razie nie ma w czym. Nie ma surowców na zrobienie sałatki grzybowej – Maria wstała – Pani Jadwiga zobowiązała się, że wyciągnie rodzinkę w las. Co pani na to, żebym troszkę posprzątała w łazience na piętrze? Dawno nie była używana.

- Widzę, że nie umie pani usiedzieć w miejscu – uśmiechnęła się Barbara – Ja może poobieram ziemniaki i będę doglądać, czy tutaj wszystko gra.

- To obowiązki rozdzielone – Maria zatarła ręce i ruszyła żwawo na piętro, a druga kobieta zajęła miejsce swojej poprzedniczki.

 

              Henryk siedział w salonie przeglądając się projektowi domu dla zamożnego klienta ich pracowni architektonicznej. Nagle pojawiał się Celina z torebką w jednej,                              i niezapalonym papierosem w drugiej ręce.

- Przepraszam, ale tutaj nie palimy – poprosił spokojnie Henryk.

- W porządku- rzekła, patrząc na Henryka intrygującym wzrokiem – Piękna posiadłość.             Z pewnością dużo warta. Ale przejdę do rzeczy – przyjęła oficjalny ton -  Nie przerywaj mi, proszę. Powrót Mirka oznacza, że będziesz musiał podzielić się z nim spadkiem. Doskonale się na tym znam, bo sama byłam prawnikiem. Musiałbyś tu mieszkać przez czterdzieści lat    od śmierci ostatniego rodzica, aby dom był wyłącznie twój.  Mirek jednak o tym nie wie. Dlatego proponuję ugodę. Dasz mi prezent w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy. Wtedy                 o wszystkim zapominam, rozstaje się z Mirkiem, który swoją drogą już mi się znudził,               i każdy jest szczęśliwy. Z zapłatą czekam do piątku. W przeciwnym razie kosztować cię                      to będzie znacznie więcej. A teraz- znów głos stał się słodziutki – dołączę do reszty turystów.

Henryk usłyszał trzask drzwi i obrócił się do okna. Na jego twarzy malowała się niespotykana wcześniej furia.

 

 

Rozdział IV

 

 

              Celina złapała spacerowiczów, gdy ci nie przebyli jeszcze dwustu metrów. Mirek zapytał się, czy już się lepiej czuje.

- Tak, to tylko chwilowe osłabienie. Co się będę kisić w domu, gdy pogoda jest tak cudowna.

Szli powoli zadbaną alejką, obserwując tak piękną o tej porze roku przyrodę. Mirek gawędził z Adamem na czele, a starsze kobiety dreptały kilka metrów za nimi. Trzy kwadranse później dotarli do szerokiej polany, na końcu której znajdował się drewniany domek- nieco mniejszy od Leśnego Dworku, ale równie uroczy.

- Mieszkają tam Jerzy i Danuta Pociechowie- wyjaśniła Jadwiga – Mąż często z nim poluje             na jesień. Natomiast jego żona to dość … oryginalna osóbka.

Z głosu można było wywnioskować, że nie lubi pani Danuty. Po chwili dodała:

- Sosnowa Chata – bo tak nazywa się ich posiadłość – należała do ojca Danuty,                          który był zamożnym człowiekiem. Odziedziczyła po nim sporą sumkę, a teraz trzyma biednego męża na dystans. On żyje z lichej emerytury i musi się jej o wszystko prosić. A teraz może pomoglibyście mi zebrać pieczarki? – wskazała białe główki wystające z trawy.

Po kilku minutach zapełnili trzy czwarte ręcznie szytej siatki, lecz dużą część grzybów odrzucono.

- Blaszki brązowe oznaczają, że grzyb się zestrzał i nie nadaje się do jedzenia- wyjaśniła Jadwiga- Tyle musi starczyć.

Wrócili nieco inną drogą. Po drodze spotkali Pociechów zbierających właśnie borówki.              Jerzy- niski, łysy mężczyzna z drobnym wąsikiem podał rękę wszystkim przybyłym. Przedstawił swoją małżonkę- mocno zbudowaną kobietę o farbowanych na blond włosach upiętych w elegancki warkocz. Co by jednak nie mówić, doskonale się stroiła i malowała.  Nikt nie określiłby jej mianem starej pudernicy – w porównaniu do Celiny.  Jadwiga zaprosiła ich na obiad.

Roszczykowie i Pociechowie gościli często u siebie, gdy do którychś przyjeżdżali krewni             bądź przyjaciele. Danuta i Jerzy zostali, a reszta ruszyła w stronę Leśnego Dworku.

- Pozwolicie, że trochę przyspieszę? – odezwał się Adam – Potrzebuję skorzystać z wc.

Pozostali pod furtkę doszli piętnaście minut później.  Mirek spojrzał na zegarek.

- Do obiadu jeszcze mamy sporo czasu. Może przejdziemy się kawałek w drugą stronę?

Jadwiga, jakby nieobecna, po chwili rzekła:

- Idźcie sobie, kochani. Ja muszę coś sprawdzić … przepraszam.

Nie zaszli daleko, gdy Celina rzekła rozkazująco:

- Proponuję wracać do domu. Nogi mnie bolą – lekko się skrzywiła i kiwnęła w stronę Leśnego Dworku.

Weszli na teren posesji. Poruszyli się po elegancko skoszonym trawniku w stronę drzwi. Mirek ponownie przyjrzał się z uznaniem ogródkowi oraz miłej dla oka altance. Po wejściu  do domu usłyszeli podniesione głosy.

- Co się stało? – zwrócił się Mirek do Adama właśnie wychodzącego z kuchni ze szklanką wody.

- Mama jest chora, chyba ma atak serca … karetka już w drodze- wyjaśnił zaniepokojonym głosem i w mgnieniu oka skierował się w stronę salonu.

 

 

Rozdział V

 

 

              W salonie słychać było żałosny odgłos delikatnego deszczu uderzającego w szyby. Podkreślał on przytłaczającą atmosferę spowodowaną wywiezieniem Jadwigi do szpitala.  Wprawdzie to tylko lekki zawał i za kilka dni wyjdzie, ale i tak domownikom było przykro. Henryk zapalił świece, zaś drugim źródłem  światła była wysoka lampa przyciemniona abażurem. Maria, doznawszy szoku, odpoczywała  w pokoju Barbary, która finiszowała przygotowanie posiłku. Mirosław postanowił wyjść na dwór zapalić.  Przechodząc koło kuchni zagadnął do Basi, kulającej właśnie kluski:

- Pewnie z powodu tego zamieszania nie powiedzieli ci, że mamy dodatkowych gości. Wasi sąsiedzi oraz dziewczyna Adama- posłał jej szeroki uśmiech,  po czym zniknął.

 

              Maria ocknęła się z lekkiego snu. Czuła się już znacznie lepiej, więc zeszła żwawo            po schodach. W kuchni Basia zwróciła się do niej z prośbą

- Mogłaby pani przygotować dodatkowe trzy talerze? Przychodzą Pociechowie                     oraz dziewczyna Adama.

Gosposia poszła nakrywać do stołu. Gdy wróciła po kolejną porcję naczyń wyjaśniła,                      że Jagoda nie pojawi się – dowcipny pan Mirosław po prostu żartował.

- Ten to ma poczucie humoru- kiwnęła z lekkim zażenowaniem Basia- Ale nic. Przygotuję sałatkę z grzybów- wskazała na wiklinowy kosz częściowy wypełniony pieczarki –                      Oby smakowała.

 

              Dokładnie o wpół do dwunastej Maria zaczęła wydawać obiad. Na przystawkę podano przygotowaną przez Basię sałatkę z grzybów.

- My z żoną dziękujemy – powiedział odświętnie ubrany Jerzy Pociecha, który przybył               wraz z żoną kilka minut temu – Po tym ekscesie z grzybami sprzed roku mamy ich dość.

Struli się rzekomo jadalnymi smardzami. Problemy trawienne utrzymywały się przez przeszło tydzień.

Po przystawce wniesiono wazę pełną rosołu, zakupioną kilkadziesiąt lat temu przez mamę Henryka, Stanisławę. Na drugie danie podano olbrzymiego kurczaka, ziemniaki z wody               oraz kluski (do wyboru).  Z dodatków pojawiły się m.in. zasmażana kapusta, sałatka ogórkowa oraz korniszony. Dania spałaszowano w kilka chwil. Po obiedzie podano kawę                i ciasto.  Henryk, Basia, Jerzy i Danusia postanowili rozegrać partię tysiąca. Celina rozsiadła się w fotelu, a Mirek rozprawiał Adamowi o dawnych czasach i dzielił się wrażeniami                   ze swych podróżny.

- Okropne te winogrona. Smakują jak wosk – Celina wykrzywiła się, gdy skosztowała podanych przez Basię owoców znajdujących się w salaterce. Popiła to trunkiem z piersiówki.

Około piątej Pociechowie podziękowali za wizytę i wyszli. Piętnaście minut później z Celiną zaczęło się dziać coś niepokojącego. Zrobiła się cała czerwona, wymiotowała i ciężko jej się oddychało. Chwyciła się za serce z olbrzymim bólem wypisanym na twarzy.

- Pewnie zawał… co za pech- krzyknął Mirek, dzwoniąc po karetkę.

Ułożyli chorą na wersalce, jednak zanim przyjechało pogotowie straciła przytomność               i zmarła.

 

              Nic dziwnego, że po takim dniu nikt nie miał ochoty na kolację. Mirosław już wpół              do dziewiątej udał się na spoczynek. Czuł się przygnębiony. I to nie dlatego, że kochał Celinę. Była cyniczna, złośliwa oraz stroiła się w pawie pióra, lecz zapełniała jego czas przez ostatnie tygodnie. Wziął do ręki torbę Celiny z łóż...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin