Manitou.pdf
(
617 KB
)
Pobierz
GRAHAM MASTERTON
MANITOU
„Zapytany jakiż jest Demona owego wygląd, prastary Czarnoksiężnik Misquamacus za-
krył twarz tak, że jeno Oczy jego widać było, po czem dał niezwykłą a Szczegółową Relacje.
Prawił, iż jest on czasem mały a masywny, jako Wielka Ropucha, czasem zaś wielki i niby
chmura; bez Kształtu lecz z obliczem, z którego wyrastają Węże.”
H. P. Lovercra
PROLOG
Zadźwięczał telefon. Nie podnosząc głowy doktor Hughes wysunął rękę w poszuki-
waniu aparatu. Jego dłoń przesunęła się przez stosy papierów, butelki atramentu, gazety
sprzed tygodnia i zgniecione pudełka po kanapkach; wreszcie znalazła i podniosła słu-
chawkę.
Doktor Hughes przyłożył ją do ucha. Wyostrzona irytacją twarz upodabniała go do
wiewiórki, starającej się ukryć swoje orzechy.
— Hughes? Tu McEvoy.
— Słucham? Przykro mi, doktorze McEvoy, ale jestem bardzo zajęty.
— Nie chciałbym panu przeszkadzać, doktorze Hughes, ale mam tu pewną pacjent-
kę... Powinna pana zainteresować.
Hughes pociągnął nosem.
— Co to za pacjentka? — zapytał zdejmując okulary. — Proszę posłuchać, doktorze,
to bardzo uprzejme z pana strony, że mnie pan zawiadomił, ale mam tu górę papierko-
wej roboty i naprawdę nie mogę...
McEvoy nie dawał się zbyć.
— Naprawdę uważam, że to pana zaciekawi. Interesują pana guzy, prawda? No, więc
mam tu guz nad guzy.
— Co w nim takiego niezwykłego?
— Jest zlokalizowany na karku. Pacjentka rasy kaukaskiej, dwadzieścia trzy lata. Żad-
nych danych na temat poprzednich narośli nowotworowych, ani łagodnych, ani złośli-
wych.
— I?
— Ten guz się porusza — oznajmił McEvoy. — Rusza się, jakby pod skórą było coś
żywego.
Hughes rysował długopisem kwiaty. Przez chwilę milczał marszcząc czoło, po czym
zapytał:
— Rentgen?
— Wyniki za dwadzieścia minut.
3
— Pulsacja?
— Na dotyk przypomina każdy inny guz. Tyle, że się wije.
— Próbował pan nacięcia? Może to zwykła infekcja.
— Wolę zaczekać na zdjęcia.
Hughes w zamyśleniu ssał koniec długopisu. Przebiegał w myślach karty wszystkich
medycznych książek, jakie w życiu czytał, szukając podobnego przypadku, preceden-
su, czegokolwiek co by przypominało poruszającego się guza. Jakoś nie potraił nicze-
go znaleźć. Może był zmęczony.
— Doktorze Hughes?
— Tak, jestem tutaj. Proszę posłuchać, która teraz godzina?
— Dziesięć po trzeciej.
— W porządku, doktorze. Zaraz schodzę na dół.
Odłożył słuchawkę i dłuższą chwilę przecierał oczy. Był dzień Świętego Walentego
i na zewnątrz, na ulicach Nowego Jorku, temperatura spadła do minus 10°C, a ziemię
pokrywała piętnastocentymetrowa warstwa śniegu. Pod pochmurnym, stalowoszarym
niebem samochody pełzły przed siebie niemal bezszelestnie. Widziane z osiemnastego
piętra Szpitala Sióstr Jeruzalem miasto jaśniało tajemniczym blaskiem. Jakbym znalazł
się na księżycu, pomyślał Hughes. Albo na końcu świata. Albo w epoce lodowcowej.
Były jakieś problemy z ogrzewaniem, więc siedząc w świetle stołowej lampy nie zdej-
mował płaszcza — wyczerpany młody człowiek w wieku trzydziestu trzech lat, z no-
sem ostrym i spiczastym jak skalpel i zwichrzoną, ciemnobrązową czupryną. Wyglą-
dał raczej na młodocianego mechanika samochodowego niż na eksperta od nowotwo-
rów złośliwych.
Drzwi gabinetu otworzyły się przed pulchną, białowłosą dziewczyną w założonych
nad czołem okularach w czerwonej oprawce. Niosła plik dokumentów i iliżankę kawy.
— Jeszcze trochę papierów, doktorze Hughes. Pomyślałam, że przyda się panu też coś
na rozgrzewkę.
— Dziękuję ci, Mary — otworzył teczkę, którą przyniosła i mocniej pociągnął no-
sem. — Jezu, co to za paskudztwo? Mam tu być konsultantem, a nie urzędasem. Wiesz
co? Zabierz to i daj doktorowi Ridgewayowi. On lubi papiery. Lubi je bardziej niż cia-
ło i krew.
Mary wzruszyła ramionami.
— Doktor Ridgeway kazał przekazać to panu.
Hughes wstał. W płaszczu przypominał Charlie Chaplina z „Gorączki złota”. Mach-
nął teczką przewracając swą jedyną kartkę na Św. Walentego, którą — wiedział — przy-
słała mu matka.
— No dobrze, przejrzę to później. Zjeżdżam na dół do doktora McEvoy. Ma tam ja-
kąś pacjentkę i chce, żebym ją obejrzał.
4
— Czy długo to potrwa, doktorze? — spytała Mary. — O szesnastej trzydzieści ma
pan zebranie.
Spojrzał na nią ze znużeniem, jak gdyby zastanawiał się, kim jest.
— Długo? Nie, nie przypuszczam. Tylko tyle, ile będzie trzeba.
Wyszedł z gabinetu na rozjaśniony świetlówkami korytarz. Szpital Sióstr Jeruzalem
był drogą, prywatną kliniką i nigdy nie pachniało tu niczym tak funkcjonalnym jak kar-
bol czy chloroform. Korytarze wyłożono grubym, czerwonym pluszem, a na każdym
rogu stały świeże kwiaty. Wyglądało to raczej na hotel, jeden z tych, do których wyżsi
urzędnicy w średnim wieku zabierają swoje sekretarki na weekendy męczącego tarza-
nia się w grzechu.
Hughes wezwał windę i zjechał na piętnaste piętro. Patrząc na swe odbicie w lu-
strze doszedł do wniosku, że bardziej wygląda na chorego niż niektórzy z jego pacjen-
tów. Może wybrałby się na wakacje? Matka zawsze lubiła Florydę. Mogliby też odwie-
dzić jego siostrę w San Diego.
Minął dwie pary wahadłowych drzwi i wszedł do gabinetu McEvoya. Doktor McE-
voy był niewysokim, krępym mężczyzną, którego białe fartuchy niezmiennie mocno ci-
snęły pod pachami, przywodząc na myśl podwiązaną do operacji żyłę. Przypominają-
cą księżyc w pełni twarz zdobił mały, płaski nos Irlandczyka. Grywał w szpitalnej dru-
żynie futbolowej, dopóki w ostrym zwarciu nie pękła mu rzepka kolanowa. Od tamtej
pory kulał — nieco przesadnie.
— Cieszę się, że pan przyszedł — uśmiechnął się. — To naprawdę dziwny przypadek,
a wiem, że jest pan najlepszym specjalistą na świecie.
— Przesada — odparł Hughes. — Niemniej dziękuję za komplement.
McEvoy wsadził palec do ucha i pokręcił nim w zamyśleniu.
— Zdjęcia powinny być gotowe za pięć, dziesięć minut. Do tego czasu właściwie nie
wiem, co robić.
— Czy mógłbym zobaczyć pacjentkę? — spytał Hughes.
— Naturalnie. Siedzi w poczekalni. Na pańskim miejscu zdjąłbym płaszcz, bo pomy-
śli, że ściągnąłem pana z ulicy.
Hughes odwiesił swoje sfatygowane okrycie i ruszył za McEvoyem do jasno oświe-
tlonej poczekalni. Na fotelach leżały kolorowe magazyny, w akwarium pływały tropi-
kalne rybki. Poprzez żaluzje wpadał niezwykły, metaliczny poblask spadłego po połu-
dniu śniegu.
W rogu, czytając numer „Sunset” siedziała szczupła, ciemnowłosa dziewczyna. Mia-
ła pociągłą, delikatną twarz — jak elf, pomyślał Hughes. Ubrana była w prostą sukienkę
koloru kawy, przy której jej cera zdawała się trochę ziemista. Jedynie pełna niedopałków
popielniczka i chmura dymu w powietrzu wskazywały, że jest zdenerwowana.
— Panno Tandy — odezwał się McEvoy. — To jest doktor Hughes, ekspert od tego
typu chorób. Chciałby tylko panią obejrzeć i zadać kilka pytań.
5
Plik z chomika:
defekt18
Inne pliki z tego folderu:
Cykl Rook 6 - Ciemnia.pdf
(778 KB)
Cykl Rook 5 - Syrena.pdf
(942 KB)
Cykl Rook 4 - Demon Zimna.pdf
(835 KB)
Cykl Rook 2 - Kły i Pazury.pdf
(721 KB)
Cykl Rook 1 - Rook.pdf
(579 KB)
Inne foldery tego chomika:
Abalos Rafael
Anologie (F.&SC-F)
Asimov Isaac
Attanasio Angelo
Bakker Scott
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin