Fastryga.pdf

(798 KB) Pobierz
<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.01//EN" "http://www.w3.org/TR/html4/strict.dtd">
*UDĝ\QD-DJLHOVND
XUļWïXPDF]NDOLWHUDWXU\DQJLHOVNLHM
G]LHQQLNDUNDLSLVDUND3U]HïRĝ\ïDPLQNVLÈĝNL
-*%DOODUGD)D\:HOGRQ-RDQQ\7UROORSH
-HMGHELXWHPSUR]DWRUVNLPE\ïDSRZLHĂÊ
Korespondent :$%RZRFSRGUöĝ\
G]LHQQLNDUVNLFK]ODWļ
GR.DV]PLUX6UL/DQNLL$IJDQLVWDQX
838195435.063.png 838195435.069.png 838195435.075.png
 
838195435.001.png 838195435.007.png 838195435.013.png 838195435.019.png 838195435.025.png 838195435.031.png 838195435.037.png 838195435.038.png 838195435.039.png 838195435.040.png 838195435.041.png 838195435.042.png 838195435.043.png 838195435.044.png 838195435.045.png 838195435.046.png 838195435.047.png 838195435.048.png 838195435.049.png 838195435.050.png 838195435.051.png 838195435.052.png 838195435.053.png 838195435.054.png 838195435.055.png 838195435.056.png 838195435.057.png 838195435.058.png 838195435.059.png 838195435.060.png 838195435.061.png 838195435.062.png 838195435.064.png 838195435.065.png 838195435.066.png 838195435.067.png 838195435.068.png 838195435.070.png 838195435.071.png 838195435.072.png 838195435.073.png 838195435.074.png 838195435.076.png 838195435.077.png 838195435.078.png 838195435.079.png 838195435.080.png 838195435.081.png 838195435.082.png 838195435.083.png 838195435.084.png 838195435.085.png 838195435.002.png 838195435.003.png 838195435.004.png 838195435.005.png 838195435.006.png 838195435.008.png 838195435.009.png 838195435.010.png 838195435.011.png 838195435.012.png 838195435.014.png 838195435.015.png 838195435.016.png 838195435.017.png 838195435.018.png 838195435.020.png 838195435.021.png 838195435.022.png 838195435.023.png 838195435.024.png 838195435.026.png 838195435.027.png 838195435.028.png 838195435.029.png 838195435.030.png 838195435.032.png 838195435.033.png
prolog
Mela miała dziesięć lat, kiedy umierając pod
schodami, zobaczyła coś więcej niż inni ludzie.
Spadała krótko, zdążyła tylko pomyśleć: „Nie ma
stopni pode mną, nigdzie nie ma?” – i jeszcze przez
chwilę szukała oparcia dla nóg i rąk. Niepotrzebnie,
bo czas już się cofnął, zabrał Melę.
„Jeszcze szukam, chwytam-nie chwytam” –
myśli i zaraz potem jest zupełnie mała, frunie gdzieś
wysoko, uwolniona z rąk ojca czuje, jak pęd powiet-
rza unosi jej włosy. Pogodny świat wzlatuje i opada,
pewne ręce czekają na dole.
„Łapią mnie?” – upewnia się Mela, lecąc klatką
schodową, hen, w stronę trzeciego stopnia. W chwili
gdy uderza w niego prawą skronią, pamięć przenosi
ją jeszcze dalej. Mela przemyka przez matkę, trwa to
tylko mgnienie, i trafi a tam, gdzie nie zaglądał nikt
przed nią.
„Ale nie umieram! – zastrzega się. – Jestem
gdzie indziej, ale nie umieram. Myślę o tym, co naj-
bardziej lubię”.
5
838195435.034.png
Było to pole świeżo zaorane pod koniczy-
nę. Mela i babka Leonia biegły na przełaj, zgrza-
ne, pod wiatr, babka śliczna, dwudziestoletnia.
Z brązowych, lśniących bruzd bił kwaskowy zapach
wilgoci, uwolniony zbyt nagle spod spieczonego
wierzchu; lato drugiego roku wojny było naprawdę
upalne. Ziemia buchała gorącem jak rozkrojone cia-
sto, liście stały na sztorc, w stawie bulgotała rzęsa.
Także wokół babki coś się działo, coś na niej gęstnia-
ło, od samego sklepu spożywczego, ruchliwe i przy-
lepne, niemal miłosne. „Cienie z bukowego lasku”
– pomyślała Mela. Leonia minęła zagajnik w drodze
do miasteczka.
Teraz biegła z powrotem, spowita w cienie
młodniaka, ściskając w ręku siatkę z chlebem i pacz-
ką „tureckich”, koniny już nie zdążyła zapakować.
Zaczęła biec od razu w sklepie. „Pani Werska, pani
nie wraca do domu – szepnęła sklepowa, niby to su-
mując cyfry w słupku. – Niemcy!” I zaraz umknęła
wzrokiem ku bryłom koniny, po którą Leonia stała
cały ranek.
Mela ledwo nadążała za babką, cienie aż fur-
kotały na wietrze. Tkliwie gładziły biodra i piersi
Leonii, białe grochy na niebieskiej sukience.
Biały Dwór był niedaleko, oddzielony od
pól sadem i sporym kawałkiem trawnika. Bieg-
ły, dysząc, rabaty goździków i fuksji skakały im
w oczach. Ostatnie bruzdy i drzewa dzieliły je od
werandy z kolorowymi szkiełkami, błyskającymi
w słońcu. „Jezu, Jezu!” – powtarzała babka po szyję
w szarych, kochliwych zwojach. Zbij ały się na niej,
6
838195435.035.png
zachodziły jeden na drugi. „Wcale nie są z lasu
– pomyślała Mela, która dobrze znała drzewa.
Buki nie miały z tym nic wspólnego. – Może to ze
sklepu?”
„Nie zdążę! – mówiła babka. – Nie zdążę!”
Kiedy Mela znów odwróciła głowę, Leonii nie
było już widać, obok sunął cień podszyty niebieską
sukienką. „Jezu, Jezu” – mówił, rękami szukając
swojej twarzy.
Drzwi białego domu otworzyły się, ale nikt
w nich nie stanął, po prostu czekały na babkę.
Mela leży pod schodami bardzo cicho, trochę
śpi, trochę nie śpi. Liczy iskry, które powoli dogasają
w jej głowie, słowa dobiegające gdzieś z boku. Sta-
ra się o niczym nie myśleć, jak najmniej oddychać,
żeby nie spłoszyć ptaka, który na chwilę w niej
przysiadł. „Pamiętam wszystko – myśli tak cicho,
jak tylko potrafi , samymi ustami. – Wszystko! Za-
nim się urodziłam, też”.
– Nie powinnaś tego robić! – mówi z pretensją
ktoś w kuchni, tuż za ścianą. Mela dobrze wie, że
nie powinna. Zamiast chodzić na strych, powinna
pomóc przy rozpakowywaniu bagaży, choćby tych
tobołów w kuchni. Nie powinna spadać ze schodów,
matka i bez tego miała dość kłopotów.
Teraz próbuje ułożyć się inaczej, być twarzą
i przodem ciała po tej samej stronie, ale nic w niej nie
działa. Jedno oko jest zamknięte, Meli zdaje się, że
na stałe. Przed drugim ma krawędź stopnia, aż krąg-
łą od częstego używania, tak blisko, że widać dro-
7
838195435.036.png
Zgłoś jeśli naruszono regulamin